Café de la Poste
O Café de la Poste jako pierwszy doniósł nam znajomy, który ma szczęście mieszkać na placu Konfederacji.
O Café de la Poste jako pierwszy doniósł nam znajomy, który ma szczęście mieszkać na placu Konfederacji.
Śniadanie po zachodzie słońca
Babeczki, nawet te niezłe, niekoniecznie są w kręgu moich zainteresowań.
Po kolacji wyszliśmy najedzeni, ale lekko skonfundowani – #Aleje3 to miejsce, które funkcjonuje w dziwnym rozkroku – ni to fancy restauracja, ni barek w muzeum, niby elegancja-Francja, a potrawy jednak zwyczajne i bez polotu.
Warszawiacy chyba nie mogą się obyć bez otwarcia przynajmniej jednej burgerowni w miesiącu. Albo właściciele nie mają zbyt dużej wyobraźni. #Lokal przy skrzyżowaniu Jerozolimskich i Kruczej to chyba wymarzone miejsce dla restauratora, choć z jakichś powodów w okolicy dominują sklepy odzieżowe z garsonkami rodem z lat 90., jubilerzy i rzeźnicy od futer. Wszystko dość podejrzane.
#Gruzini muszą chodzić bardzo głodni. Do takiego wniosku doszedłem, gdy w nowej knajpce na Mokotowskiej zobaczyłem danie główne. Na szczęście chwilę później, w odwróconej kolejności, na stole pojawiła się bardziej pokaźna przekąska. #MiminoCaucasianBistro przypadkowo oddaje postsowieckie paradoksy – coś nie wychodzi, choć wszyscy bardzo się starają, na poziomie, ale trochę na opak.
#Diner55 to miejsce hybryda. Za dnia można tu zjeść naleśniki, a wieczorem zabalować na grubo. Jedzeniowa miejscówka, która otworzyła się niedawno w popularnych Piątkach to miejsce trudne do zaklasyfikowania. W karcie znajdziemy najlepsze dania z trzech food trucków, które latem królowały w Warszawie. Są więc meksykańskie przekąski od #RicosTacos, burgery i frytki od PanaBurgera i klasyczne naleśniki od Mr. Pancake.
Żeby zmusić kogoś do kilometrowych podróży w niedzielne popołudnie, trzeba być sadystą albo mieć naprawdę solidny powód. Musi to być #miłość, perspektywa wakacji albo dobre jedzenie. A jeśli połączy się te trzy rzeczy, to można jechać nawet na drugi koniec miasta, w okolice #Służewca. Parę tygodni temu otwarto tam nową knajpkę z kubańskimi kanapkami – #LaChicaSandwicheria.
Waff’love to malutka kawiarenka na tyłach warszawskiego placu Bankowego. Specjalność: gofry belgijskie. Pierwsza myśl: nazwa zerżnięta od Lodove, ale przynajmniej oferta bardziej oryginalna. Pierwsze wrażenie: o jej, jak tu słodko…
#Lokal, który mieści się na tyłach hali, do tej pory był jedynie sklepem rybnym. Od lata można tu też zjeść na miejscu. Choć miejsca niestety nie za wiele. #Ryby w sklepie są tak dobre, że kolejka ciągnie się na zewnątrz. Trzeba więc jeść szybko, między paltem a akwarium. Na plastikowym stoliku upapranym tłuszczem i solą, wśród sprzedawców, kupujących i siat. W takich warunkach usłyszeć szum morza trudno.
Niewiele jest #fast-foodów, do których chce się wracać z myślą „takie to dobre, zdrowe i na pewno mój żołądek mi za to podziękuje”. Wszystko to raczej wygląda i smakuje plastikowo, a kolejne kęsy bierze się z nadzieją nieznalezienia piórek w skrzydełku z kurczaka. A jednak. Gdzieś na #Woli, wśród szarych bloków i pawilonów, otwarto nową knajpkę – #BurritoBoys. U chłopaków, którzy serwują dania #tex-mex, idea szybkiego żarcia połączona jest ze stylem #slow-food.
#Mezze to barek szybkiej obsługi serwujący dosłownie kilka potraw – pierwsze skrzypce grają #szakszuka, #hummus i przepyszne #falafele z cieciorki, które wreszcie nie są twarde jak pociski, lecz mięciutkie i chrupiące z wierzchu. Do tego są jeszcze bakłażanowa baba ghanoush i jogurtowe labane zatar (rewelacyjne do falafeli) oraz trochę rozmaitych warzywek.