Zawsze będą ludzie pragnący kontaktu ze sztuką – Pola Dwurnik o malarstwie, które wychodzi poza ramy

Ogród jest optycznym przedłużeniem pracowni – to tam Pola Dwurnik maluje murale, jakby sprawdzała, gdzie kończy się obraz, a zaczyna przestrzeń. Jej prace – ostre, niepokojące, czasem brutalnie szczere – często są pełne ironii i humoru. Choć jej nazwisko niesie ze sobą historię, Pola Dwurnik od dawna maluje własną i robi to językiem, który trudno pomylić z czymkolwiek innym.

Katarzyna Straszewicz: Kiedy zaczęłaś robić murale?

Pola Dwurnik: Zimą rok temu uciekłam z mężem i synem do słonecznego Sydney. Co kilka lat odwiedzam Australię – najmłodsza siostra mojej mamy Wanda mieszka tam z rodziną. W Sydney w całym mieście są przepiękne murale i malowidła naścienne – małe, duże, wykonane różnymi technikami, często bardzo proste. Najciekawsze widziałam w okolicach Newtown. To wielokulturowa dzielnica artystyczna ze starą, niską zabudową i alternatywną modą. Moim ulubionym miejscem w Newtown jest „All Buttons” – sklep z guzikami z całego świata. Kupiłam w nim kolorowe szwajcarskie guziki z lat 70., przy pomocy których „stuningowałam” zimowy płaszcz. W Sydney murale pojawiają się w przestrzeni miasta znienacka – na ścianach domów, na płotach i ogrodzeniach, na elewacjach i żaluzjach. Większość tych realizacji nie jest komercyjna, ani nie upamiętnia kogoś czy historycznego zdarzenia. Są to po prostu ciekawe, abstrakcyjne lub realistyczne obrazy ożywiające przestrzeń. Niektóre są wykonane prostymi środkami, farbą i pędzlem, inne to klasyczny street art, a jeszcze inne to przemyślane i zaprojektowane arcydzieła.

Mocno ingerują w tkankę miejską?

Tak, w to jak wygląda miasto, jak ty się czujesz, idąc ulicą. Sydney to jedna z najpiękniejszych metropolii świata. Ocean zdaje się wpływać do miasta, a powyżej wielkie niebieskie niebo i papugi, tysiące papug. Szczególnie lubię białe kakadu z żółtymi grzebieniami – wszędobylskie jak wróble, ale dużo od nich głośniejsze.

Wróćmy do murali w twoim ogrodzie.

Gdy przyleciałam z Australii do Warszawy, spojrzałam na mój ogródek i okalający go mur oraz ściany domu. Nagle przestały mi się podobać. W jeden dzień namalowałam mural, który wita gości naszego domu i strzeże drzwi wejściowych w nocy. To wielkie, przymknięte kobiece oczy. Inspiracją było malowidło ścienne, które widziałam nad wjazdem do garażu nieopodal Bondi Road we wschodniej części Sydney.

Potem zaczęłaś malować drzewa, czyli uzupełniać ogrodowy drzewostan?

W ciągu ostatnich lat musieliśmy wyciąć kilka drzew, które uschły, więc zaczęłam je malować na murze jako takie wspomnienie umarłych. W tym roku będę kontynuować. Sportretuję także starsze drzewa, które wyciął wcześniej mój tata.

Na obrazach często malujesz siebie. Dlaczego?

W trakcie pracy, gdy pojawia się potrzeba modela albo modelki, na ogół nie ma nikogo pod ręką. Wtedy sięga się po lustro. Miałam je we wszystkich moich kolejnych pracowniach – w Bazylei, Berlinie i w Warszawie. To bardzo ważne narzędzie malarskie. Cały obszerny dział historii sztuki bada sposoby używania autoportretu przez współczesnych twórców i twórczynie. To długa lista mistrzów i mistrzyń od Davida Hockneya przez Cindy Sherman po Anetę Grzeszykowską.

Cindy Sherman tworzy wielkoformatowe realizacje, ty również.

Tak, choć jej najwcześniejsze prace są w małym formacie. Mój przypadek jest nietypowy, bo pierwsze obrazy malowałam w wieku pięciu lat i była to dolna część dużych obrazów mojego ojca. Malowałam, gdzie sięgałam ręką, a starałam się jak najwyżej. Od początku miałam więc ten rozmach dzięki zaufaniu i hojności taty. Tworzenie w dużej skali jest kreowaniem świata, to nie jest budowanie scenografii, która potem zostanie ustawiona na scenie, oświetlona i animowana przez aktorów. Gdy uprawiasz malarstwo, tworzysz cały skończony świat, do którego później zaprosisz swoich odbiorców. To daje moc, choć oczywiście jest kosztowne, wymaga ogromnej sprawności technicznej i siły fizycznej, a także przestrzennej pracowni i później magazynu.

Cenisz też Anselma Kiefera, który ma ogromny rozmach, ale jego prace są bardzo mroczne. W twoich jest więcej radości.

Myślę, że podstawowa różnica między nami to poczucie humoru. Zawsze trochę go przemycam, nawet w dramatycznych scenach. U Kiefera wszystko jest na serio, ale to wspaniały artysta. Humor, szydera i drobne żarciki są kołem ratunkowym dla mojej smutnej duszy. Przekłuwają balon patosu, pomagają w kryzysach życiowych. Ten wewnętrzny chichot oraz codzienny imperatyw pracy sprawiają, że jestem pogodną, sympatyczną osobą. Życie jest zbyt tragiczne, a świat sztuki zbyt niesprawiedliwy, aby brać to wszystko na poważnie. Poza tym w moich pracach jest zwykła, prosta radość tworzenia – bardzo lubię malować, rysować i wielu ludzi to wyczuwa nawet w pracach, w których jest dużo smutku.

Co musi się stać, żeby pojawiła się u ciebie chęć malowania?

Często tuż przed zaśnięciem nagle wyświetla mi się przed oczami jakaś scena i po chwili cały obraz tworzy się w mojej głowie. Dzieje się tak też często, kiedy jeżdżę komunikacją miejską – uwielbiam autobusy, tramwaje i pociągi. Inni ludzie podczas podróży słuchają muzyki, audiobooka, oglądają filmy, czytają, a mnie przychodzą do głowy obrazy. Przyglądam się im, zaczynam je opracowywać, analizować i po chwili odczuwam przemożną potrzebę zmaterializowania ich.

Zaczynasz od szkicu?

Rzadko. Rozrysowuję kompozycję rozcieńczoną farbą olejną na gotowym, zagruntowanym płótnie. Kiedyś robiłam to ołówkiem, ale ołówek jest jednak stworzony do papieru. Jeśli szkic jest nieudany, w 15 minut mogę całkowicie usunąć go terpentyną.

Malujesz codziennie?

Niestety, nie. Mam jeszcze inne zajęcia: prowadzę fundację, robię książki rysunkowe, no i jestem mamą siedmioletniego chłopca. Malowanie obrazów, szczególnie dużych, jest bardzo czasochłonne, robię to więc, gdy mam czas, często między piątą a siódmą rano.

Na większości twoich obrazów występują zwierzęta i wiele z nich ma mimikę!

Zwierzęta w moim malarstwie są figurą ambiwalentną. Z jednej strony mają obrazować prawdę o społeczeństwie, ludziach, naszym świecie i naszych problemach. Z drugiej chcę, aby pozostały sobą – dzikimi zwierzętami – i reprezentowały także siebie i swój gatunek. Tak więc, nawet jeśli maluję zwierzęta w nietypowych dla nich kontekstach czy sytuacjach, nie powiększam im oczu i nie odmalowuję uśmiechu jak w animacjach dla dzieci. Wrażenie, że mają mimikę wynika z sytuacji, w jakich je umieszczam.

Spójrzmy na ten obraz z borsukami, morze szczegółów. Bardzo długo nad nim pracowałam. Ma tytuł „Borsuka”. Opowiada po pierwsze o społeczeństwie spektaklu – zarówno w sensie filozoficznym, takim jakie nadał temu określeniu Guy Debord, ale też dosłownie. Kobieta przebrana za borsuka odgrywa spektakl przed borsuczym audytorium. Borsuki są bardzo różne, tak jak ludzie. Niektóre dzierżą nawet ludzkie atrybuty, np. palą papierosa. Na pierwszy rzut oka obraz wygląda dynamicznie i dość wesoło, ale gdy się przyjrzysz, dostrzegasz, że performerka, o której mowa, leży na skórach ściągniętych z borsuków. A gdy się jeszcze bliżej przyjrzysz, możesz dostrzec znaczek pocztowy z borsukiem, wklejony w obraz blisko ud kobiety. Płótno opowiada zatem o kole życia i losie artysty. Jedne borsuki już nie żyją, więc bez pardonu wyprawiono ich skóry i pokryto nimi scenę. Ku uciesze tłumu aktorka odgrywa spektakl, ale czuje się jak klaun w cyrku, o czym przypomina jej czerwony nos. Niestety, aktorka jest też kobietą i urodzi kolejne pokolenie borsuków. Nawet jeżeli jest artystką, rozumie i wyraża więcej niż inni. Wystawiałam ten obraz już w wielu miejscach: w Bazylei, w Londynie i w zeszłym roku w Warszawie. Zawsze miał zaporową cenę i wracał do mnie. Nie chcę go w ogóle sprzedawać.

Dlaczego?

Bo nie chcę, żeby moje obrazy były traktowane jak produkt czy towar. Są nośnikami znaczeń, nie dekoracjami naściennymi, nawet jeśli są dekoracyjne. Poza tym tego typu obrazy kosztują mnie dużo wysiłku, chcę później z nich czerpać, pokazywać je i o nich rozmawiać. Wspaniale jest słuchać interpretacji innych osób. Według mnie właściwa odpowiedź na pytanie o temat dzieła sztuki jest zawsze po stronie odbiorcy. On widzi obraz i przepuszcza go przez siebie, swoją wrażliwość, doświadczenie i pamięć. Gdy dzieło sztuki jest oglądane, wtedy żyje, a nawet zyskuje coraz to nowsze warstwy interpretacyjne. Kiedy zostaje sprzedane i trafia do ciemnego magazynu, jest zahibernowane, powoli umiera.

Czyli nie sprzedajesz swoich obrazów?

Oczywiście, sprzedaję. To jest mój zawód i główne źródło utrzymania. Staram się jednak wybierać, jeśli to możliwe, kolekcje, do których trafiają moje prace. Obrazy są jak dzieci. Rodzi się je, kocha, wychowuje i poświęca im mnóstwo czasu, a potem trzeba pozwolić im iść w świat.

Ale nawet najbardziej racjonalny rodzic martwi się o los swojego dziecka. Niestety, nie wszystkie galerie mówią artystom, kto kupił ich pracę i czasami twórca nie ma pojęcia, dokąd powędrowały jego dzieci.

Często wklejasz znaczki pocztowe w obrazy? Wiem, że od lat je zbierasz i używasz w swojej sztuce. Jaki był początek tej historii?

Moja babcia Hanna kolekcjonowała znaczki. Miała abonament na poczcie i z wielkim przejęciem oraz precyzją układała kolejne serie w pięknych, opasłych klaserach. Jako dziecko często spędzałam u dziadków weekendy i razem z babcią oglądałyśmy jej zbiory. Szybko zaraziłam się jej pasją, już w zerówce miałam własny klaser. Po latach, w 2008 roku, na zaproszenie Galerii Potockiej w Krakowie wymyśliłam i namalowałam siedem wielkoformatowych, nieistniejących znaczków pocztowych, upamiętniających siedmiu współczesnych malarzy związanych z Krakowem. Ale nie chciałam, żeby wystawa składała się wyłącznie z tych siedmiu czarno-białych rysunków. Wyciągnęłam z klaserów polskie znaczki pocztowe z krakowskimi motywami, wycięłam je i ułożyłam kolorowy kolaż wyobrażający Kraków. Pięć lat później, w 2013 roku, zrobiłam drugi kolaż – z Warszawą. Niestety, oba zostały ukradzione w tym samym roku z warszawskiej Galerii Kordegarda. Poszukiwałam tych kolaży przez media społecznościowe i wówczas Piotr C. Kowalski, malarz z Poznania, przekazał mi swoją kolekcję znaczków, żebym zrobiła nowe kolaże. Od tego czasu zbieram znaczki, wycinam i buduję z setek malutkich kawałeczków bardzo skomplikowane kolaże, tym samym nadaję bezwartościowym, już niemalże starym znaczkom pocztowym nowe życie.

Muszę w takim razie przejrzeć moje klasery i wesprzeć ten szlachetny recykling.

Bardzo proszę. Trafisz na listę moich darczyńców. Pamiętam o każdej osobie, która przekazała mi choćby jeden znaczek.

Twoje kolaże to bardzo precyzyjna, „analogowa” robota. Ciekawa jestem, co myślisz o AI?

Nie boję się AI, nie jest ani zła, ani dobra, jest nowa. To po prostu przestrzeń różnych możliwości, z której niewątpliwie będziemy korzystać. Mój niepokój budzi jedynie zagadnienie zarządzania sztuczną inteligencją. Kto, jak i w jakim celu będzie oferował nam to narzędzie. Nie ma sensu obawiać się robotów, maszyn czy systemów, ale warto przyglądać się interesom, którym służą.

W branży reklamowej odczuwam pewien niepokój, czy artyści też czują się zagrożeni?

Gdy wynaleziono i upowszechniono fotografię, wiele osób mówiło o śmierci malarstwa. I co? Malarstwo dalej, nieprzerwanie, święci triumfy. Powiedziałabym wręcz, że fotografia wyswobodziła je z obowiązku realistycznego dokumentowania świata. To bardzo malarstwu pomogło. Podobnie, gdy pojawiły się projektory cyfrowe, malarze i malarki zaczęli masowo wyświetlać fotografie na płótnie i malować bezpośrednio z projekcji. Znów można by zawołać: „och, koniec malarstwa!”, a prawda jest taka, że jeśli nie umiesz rysować i malować, projektor nic ci nie pomoże. AI przyspiesza pracę podobnie jak różne wcześniejsze wynalazki: lokomotywa parowa, samolot itd. Za każdym razem, gdy modernizuje się fabryki, ludzie tracą pracę. Zapominamy, że maszyny już dawno zastąpiły człowieka w bardzo wielu obszarach.

Ale jestem absolutnie przekonana, że zawsze będą ludzie pragnący kontaktu z ręcznie wykonywaną sztuką, z rzemiosłem, ludzie potrzebujący rozmowy z twórcami i twórczyniami. Zawsze też będą ludzie pragnący tworzyć i działaniom wielu z nich nie będzie można się oprzeć. Nastąpi też, tak sądzę, globalna moda na slow life i bezkompromisowy powrót do natury. Ludzie muszą złapać oddech, wyjść do ogrodu, usiąść pod drzewem i pogapić się na mural. Nawet jeśli jest krzywo namalowany, namalowany jest z miłością.

Prace Poli Dwurnik można oglądać:

Na wystawie Top Charity Art w Oranżerii Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego w Warszawie, do 16 czerwca. W Fabryce Norblina w Warszawie – wielki mural w hallu na poziomie -1. W kolekcji stałej Muzeum Warszawy.

Zdjęcia z archiwum Poli Dwurnik.

-->