Babeczki, nawet te niezłe, niekoniecznie są w kręgu moich zainteresowań.
Podobnie jak #Imielin, zwłaszcza zimą, która w połowie stycznia zaczęła ciąć w twarz śniegodeszczem, zwłaszcza
w godzinach szczytu i bez karteczki, na której zanotowało się adres. Imielin jest jak Bemowo, z którego jechałem, więc gdy wydostałem się z autobusu, poczułem się jak w punkcie wyjścia.
Do tego głodny, a w Niezłych Babkach tylko muffiny. Ale jest ciepło, jest światło, nie jest źle, choć lokal w nowym budownictwie, z biurowymi kasetonami i plastikowymi witrynami, nie był najłatwiejszy do aranżacji. Na ścianach cztery babki (namalowane), w gablocie sześć (jadalne), za kontuarem dwie (miłe) – Aleksandra i Michalina same wymyślają receptury, upychają ciasto w foremki i serwują gotowe muffinki. Przepisów mają kilkadziesiąt: ostre z chili, słone z preclami czy piwno-czekoladowe. W dniu, w których doczłapałem na Imielin, piwa brak, jest klasyka. – Dziś akurat babki raczej na Dzień Babci – tłumaczy jedna z właścicielek. I dobrze, sam w końcu czuję się dziadem. Do kawy dobieramy cztery rodzaje: korzenne z jabłkiem, słodzone fruktozą babeczki dla cukrzyków wypełnione kwaśną żurawiną, kukurydziane i potrójnie czekoladowe (5-6 zł). Ostatnie najlepsze, wszystkie niby niezbyt pokaźne, ale cztery na dwie osoby to i tak za za dużo. Dobrze, że babki (i te miłe, i te jadalne) dotarły na Imielin – kawiarnianą pustynię, przydałyby się teraz na innej, Bemowie, gdzie babki raczej niemiłe i kebaby niejadalne

