Zanim na każdym rogu powstaną lokale z matchą, lodami rzemieślniczymi, a wielcy deweloperzy będą kusili mieszkaniami „rzut beretem od centrum”, warto razem z pisarzami i pisarkami poflanerować po Pradze–Południe, czyli powłóczyć się bez celu, bez nastawiania się na wielkie przygody. Na Kamionku, Grochowie, Gocławiu czas się zatrzymał. To tu – za Marcinem Wichą – mamy ochotę „wysławiać trawniki, okazywać czułość podeptanym płytom chodnikowym”. Wyznawać uczucie, pożyczając słowa od starych piosenek. Patrzeć – jak Marek Bieńczyk – na ospałe koty przy Rondzie Wiatraczna. Pójść na bazar z „Pustostanami” Doroty Kotas pod pachą. Odkrywać nieoczywiste piękno, ale takie jest chyba najwspanialsze, prawda?
„Kamionek”, Marcin Wicha i Agnieszka Rayss (wyd. Muzeum Warszawy)
Mieszkając na Kamionku, nigdy nie wiedziałam, gdzie on się kończy, a gdzie zaczyna. Kiedy powstał? „Kto go tam wie!” – odpowiada Marcin Wicha w pięknej, ilustrowanej fotografiami Agnieszki Rayss książce „Kamionek”. Uprawia grochologię i kamionkografię, z uważnością, tak dla niego charakterystyczną, opisuje zakamarki, uliczki, wraki balkonów, popękane chodniki, spod których śmiało wyrastają chwasty, zadowolone z pozostawienia ich w spokoju. To na Kamionku (w 1573 roku) odbyła się pierwsza wolna elekcja. To tu powstała pierwsza utwardzona droga w Królestwie Polskim (jej budowę ukończono w 1823 roku), upamiętniona – o dziwo – obeliskiem, który stoi po dziś dzień. Tu wznoszono pierwsze fabryki. Wicha opowiada nam o historii jak romantyczny wędrowiec, zachęcając do spacerowania tu latem – w końcu to wtedy „nocą na ulicy czuć zapach ziół”, a „cegły pachną jak świeża glina”. Ale – ja już to wiem – Kamionek najlepiej zwiedzać jakby mimochodem, bo „świat pokazuje nam się wtedy, kiedy jesteśmy zajęci własnymi sprawami”.
Czytamy: „W świecie, gdzie uwaga stała się podstawowym płaciwem, ludzie, wydarzenia i przedmioty walczą o chwilę zainteresowania, grochologia i kamionkografia zachęcają do rozrzutności”. Tak faktycznie jest. Idąc na spacer z „Kamionkiem”, odkrywamy inną czasoprzestrzeń. Miszmasz, bałagan, zawrót głowy. I zakochujemy się w tym od pierwszego wejrzenia.
„Pustostany”, Dorota Kotas (wyd. Niebieska Studnia)
Gdy nasycimy się już Kamionkiem (jeśli to w ogóle możliwe), sięgnijmy po debiut Doroty Kotas. To książka, przez którą spora część Warszawiaków zaczęła odważniej zapuszczać się w dzielnice „po tej drugiej stronie Wisły”. Autobiograficzna proza opowiada o codzienności bezrobotnej dziewczyny żyjącej tuż obok Placu Szembeka, starającej się codziennie robić „chociaż jedną rzecz, która nada jej życiu chociaż minimum sensu”.
„Pustostany” miały swoją premierę dokładnie wtedy, gdy premierę miało także moje mieszkanie w miejscu akcji tej książki. Z dziką przyjemnością poranną porą chodziłam na Bazar Szembeka, a wieczorami zaczytywałam się w jego opisach, czując się tak, jakby Kotas zamieszkała na chwilę w mojej głowie. Przecież opisywała dokładnie moją poranną wycieczkę: panie z naręczami firanek zaczepiające każdego przechodnia, chłopców z nalewką serwowaną prosto z bagażnika Opla, Azjatki z neonowymi majtkami na sznurku, piekarzy nadziewających pączki malinową marmoladą. Wszystko się zgadza. Do dziś!
Prawdziwym odkryciem była jednak Temperatura. To dzięki Dorocie Kotas poznałam wyjątkowe miejsce na mapie Warszawy – kawiarenkę, w której urzęduje ekscentryczny Seweryn, zwany Pomedorem, witający każdą przybyłą osobę kawą parzoną po turecku i mnóstwem przedziwnych historii. Kawiarnia, po kilku latach, znów prosperuje, więc zachęcam was do odwiedzin – bez gwarancji, że akurat nie pocałujecie klamki. Temperatura ma przedziwne godziny działania, nie do końca jasne nawet dla samego Pomedora. Nie ma sensu tego kryć, bo i tak odkryjecie to podczas spaceru sami: Praga-Południe jest także słynna ze swojego miejscowego folkloru małych sklepów alkoholowych, notorycznie obleganych przez te same ekipy. Zwraca na to uwagę także i Kotas, nazywając jeden z najsłynniejszych grochowskich monopolowych „agorą Grochowa”. To tu odbywają się konkursy śpiewania, zagorzałe dyskusje dotyczące ulubionych drużyn piłkarskich lub po prostu libacje zakończone wizytą w znajdującym się obok kebabie.
„Pustostany” zachęcają do zapuszczania się w miejsca nieoczywiste, zatrzymane w czasie, nieco obskurne i w tej swojej obskurności niezwykle przyciągające. Przyjeżdżając na Grochów, weźcie książkę i kilka złotych na kawę w Temperaturze (nie, nie można blikiem). Będziecie zachwyceni.
„Rondo Wiatraczna”, Marek Bieńczyk (wyd. Karakter)
Wasz literacki spacer będzie niekompletny, jeśli nie sięgniecie po „Rondo Wiatraczna” Marka Bieńczyka. Pisarz, podobnie jak Kotas i Wicha, zwraca uwagę na to, że Praga-Południe wyostrza wzrok na szczegóły. Błahe, jak „przeloty ptaków na rozgrzanym niebie”, „ludzie na przystankach busów jadących na wschód zamarli na ciężkich tobołach”. Bieńczyk zauważa, że „podobnie jak psy i koty dzielnice też stają się ludźmi, tylko inaczej. Odzywają się więc do nas, nieco personifikują. Co mi tam rzekniesz, miasto? Co tam mamroczesz, dzielnico? Co tam seplenisz, ulico?”.
Co mamrocze do nas Grochów? Nie zawsze możemy to usłyszeć. Może opowiada o swoim braku decyzyjności: czy czuje się terenem ściśle miejskim, czy może wciąż wiejskim, a może małomiasteczkowym? Może wspomina, że jeszcze gdzieniegdzie można tu znaleźć kurnik wśród budynków, blaszane, zardzewiałe garaże i pojedyncze cegły, pozostałości po Forcie Grochów? Może śpiewa piosenki Stachury, który to właśnie tu, w jednym z bloków, zakończył swoje życie? Z pewnością mamrocze też (z niezadowoleniem) o nowoczesnych blokach, którym opiera się ze wszystkich sił i – o dziwo – nawet mu się to udaje. Jak pisze Bieńczyk: „W dziwny sposób dzielnica stawała przeciw, nie pozwalała zanadto osłabić swojej naturalnej immunologii”.
Mieszkając na Grochowie, tuż przy Rondzie Wiatraczna, zauważam, że Żabki i paczkomaty powstają tu nieśmiało. Jakby nie chciały zabierać miejsca sklepom typu Społem, licznym lumpeksom, przedziwnym i nigdy nieodwiedzanym sklepom z zakurzonymi meblami i lampami. I dobrze. Wyjątkowość Pragi- Południe trzeba pielęgnować. I odwiedzać ją często, bo nie wiemy przecież, do kiedy starczy jej sił na to, by stawiać opór gentryfikacji.




