O Café de la Poste jako pierwszy doniósł nam znajomy, który ma szczęście mieszkać na placu Konfederacji.
Temu uroczemu zakątkowi Bielan, przypominającemu trochę ryneczek jakiegoś niewielkiego miasteczka, zdecydowanie brakowało przyzwoitej kawiarni. O kawiarni francuskiej, i to nie tylko z nazwy, ale też z ducha, pewnie nawet nikt tam nie marzył. Nikt oprócz właściciela, rodowitego Francuza, który to miejsce upatrzył sobie już lata temu. Co sprowadziło go do Polski? Sądząc po schludnym, ale skromnym wystroju kawiarni (krzesła pamiętające polskie licea z początku lat 90.), raczej nie pieniądze. Tak czy inaczej, cieszymy się, że przyjechał i w końcu dopiął swego – z końcem stycznia otworzył własną knajpkę. Café de la Poste urzeka z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy to właściciel – sam robi wszystko, od mycia podłogi po wypiekane co rano (w tygodniu kawiarnia czynna jest od siódmej) bagietki i croissanty. Tym ostatnim poczęstował nas zupełnie bezinteresownie, zapewniając (całkiem zgrabną polszczyzną z bardzo silnym francuskim akcentem), że taką sobie wymyślił tradycję – pożegnalny croissant dla każdego. A croissant to był wyborny, świeżutki i bardzo maślany. (Ze słodkości Café de la Poste oferuje też francuską napoleonkę, eklerek, tartaletkę z jabłkami lub cytrynką i crème brûlée, wszystko po 8 zł) Drugi powód naszego zauroczenia to deska serów (19 zł) – przepysznych, wybornie śmierdzących francuskich serów. Bardzo miło zaskoczył nas też quiche, który w Café de la Poste serwowany jest w bardzo wdzięcznej wersji mini. Można się tu też napić dobrej i niedrogiej kawy (9 zł za sporą latte to cena zdecydowanie poniżej warszawskiej średniej) oraz napojów bardziej egzotycznych, jak mleko z syropem z grenadyny (4 zł). Na plac Konfederacji zapewne nieraz wrócimy, dokładając wszelkich starań, żeby właściciel uzbierał na wygodniejsze krzesła

