Stanisław podczas rozmowy rejestruje stado jemiołuszek i myśliwca. Jest ptasiarzem humanistą

foto: Michał Szczepański

Zawsze staram się siadać przodem do okna – żartuje Stanisław Łubieński na początku rozmowy i po chwili sam się poprawia, bo zdaje sobie sprawę, że znów robi z siebie dziwaka. O ptakach nie jest jednak w stanie zapomnieć. Tylko podczas naszego wywiadu rejestruje stado jemiołuszek i jednego myśliwca.

Czasem łapię się na tym, że idąc do parku, automatycznie chowam lornetkę pod koszulkę. W Polsce oglądanie ptaków to rodzaj dziwactwa. Jakaś niezdrowa obsesja – opowiada z szelmowskim błyskiem w oku, bo od dziecka zmaga się z żarcikami, które towarzyszą wyznaniu „interesują mnie ptaki”. Swoje hobby, z przerwami na „młodzieńcze wyszumienie”, uprawia od ponad 25 lat, a od dwóch lat prowadzi bloga Dzika Ochota, który opowiada o jego codziennych spacerach po parku Szczęśliwickim. Właśnie wydał książkę „12 srok za ogon”, która jest próbą spojrzenia na przyrodę oczami humanisty. Zamiast jednak dziełem kulturoznawczym, Stanisław woli ją nazywać „książkowym kundlem”, bo łączy w sobie co najmniej kilka gatunków literackich. Znajdziemy więc tu reportaże, chociażby z wyprawy autora do Lusin, gdzie poszukuje śladów po przedwojennym ornitologu – Friedrichu Tischlerze, są tu też pamiętniki z obozów ornitologicznych, podczas których obrączkuje się ptaki, i eseje opowiadające m.in. o bocianach u Chełmońskiego czy pasji ornitologicznej pisarza Jonathana Franzena. – Trudno było mi cały ten przyrodniczy kosmos uporządkować, więc zdecydowałem się na formę, która pozwala czytać książkę na wyrywki. – opowiada autor. – Tę moją próbę dogodzenia wszystkim czuć nawet w tytule. Powstał podczas jednej z rozmów z Michałem Cichym, którego książka „Zawsze jest dzisiaj” była dla mnie wielką inspiracją. Zwierzyłem mu się, że mam tyle wątków w mojej książce, że nie wiem, którą srokę za ogon złapać. Michał użył swojego redaktorskiego zmysłu i zauważył, że to świetny tytuł – dodaje.

Brylantowe oczko

Przysłowiowe „łapanie srok” towarzyszyło Stanisławowi przez cały proces pisania, do którego podszedł w dość niestandardowy sposób. – W Polsce brakuje literatury o ptakach, która nie byłaby stricte ornitologiczna. Źródeł szukałem więc na Ebayu, gdzie trochę losowo, bo sugerując się jedynie króciutkimi opisami, wybierałem i zamawiałem książki. Sugerowałem się komentarzami, nawiązaniami do innych tytułów. Część z nich okazała się kompletną pomyłką, ale kilka naprowadziło mnie na tropy, które zainspirowały mnie do pisania – tłumaczy. Tak trafił na Johna A. Bakera, angielskiego ptasiarza amatora, który w wieku 41 lat zadebiutował dziełem swojego życia „Sokołem”, literackim dziennikiem o ptasiej obsesji. Książka nie jest monografią naukową (niektórzy ptasiarze wręcz podważają wiarygodność Bakera, bo w latach 60. praktycznie nie było już sokołów w Anglii), to raczej opowieść poetycka. Język Bakera mocno odbiega od „przyrodniczej normy”, a „Sokół” pełen jest zdań typu: „martwy ptak dyndał na szubienicy ze szponów” czy „zimorodek błyszczał w błocie na brzegu; jak brylantowe oczko; poplamiony krwistą czerwienią strzępek”.  – Język od początku sprawiał mi problem. Nie chciałem opisywać ptasiego świata za pomocą naukowej terminologii, ale bałem się też popaść w nadmierną egzaltację. Nie jestem ornitologiem, wystrzegałem się pisania fanowskiej książki, ale zależało mi na tym, żeby również moi koledzy ptasiarze znaleźli tu coś dla siebie – tłumaczy Stanisław. Nazwy gatunków ptaków są tu sprytnie wplecione w główną narrację, ale „12 srok za ogon” nie może służyć za atlas ornitologiczny. Tym bardziej że poza sroczą okładką nie ma tu żadnej ilustracji. – Zakładam, że jeśli czytelnika zainteresuje, jak wygląda raniuszek czy kopciuszek, to zdjęcia poszuka w internecie. Ja chciałem jedynie obudzić w ludziach świadomość, że te ptaki istnieją. W mieście raczej nie spotkamy dużego ssaka (poza dzikiem na Białołęce) czy płazów, natomiast ptaki widzimy wszędzie – dodaje.

Sęp z głosem żurawia

Przynajmniej Stanisław wszędzie je widzi. Żartuje, że rozpoznaje u siebie wymyślony przez Petera Cashwella „Birding Compulsive Disorder”, czyli syndrom, który nakazuje mu z piskiem opon zawracać, kiedy w lusterku samochodu zobaczy ptaka, lub zaprzestawać rozmowy, kiedy usłyszy nieznany trel. Na ptakach nie zawiesza się tylko w terenie, ale również obcując z kulturą. – Fakt, że nie jestem ani ornitologiem, ani biologiem, pozwala mi zwrócić uwagę na rzeczy, które dla moich kolegów są niezauważalne. Mam antropologiczne skażenie. A równocześnie ten focus na ptaki sprawia, że wyłapuję błędy w filmach. W „Katyniu” Wajdy w lutowym Krakowie słychać jerzyki (przylatują w maju), a komputerowe sępo-kruki w „Królestwie niebieskim” Ridleya Scotta nawołują głosem żurawi. Nie umknie mi też Kaczyński, który podczas obrad sejmowych ukradkiem czyta o orliku grubodziobym – śmieje się Stanisław. Nie ma w nim jednak cienia żalu. Ani do historyków sztuki, którzy większość ptaków na długich nogach nazywają bocianami, ani do pani od przyrody z podstawówki, która nie rozpoznawała podstawowych gatunków: – Będę zadowolony, jeżeli ludzie po przeczytaniu książki zaczną po prostu trochę zadzierać głowy.

 


 

Fragment książki
„Dwanaście srok za ogon”

Stanisława Łubieńskiego
Czarne

dwana_cie_srok

Ażurowy zwierz nad Glinkami

Gdybym był ptakiem, autor atlasu napisałby, że „prowadzę wybitnie osiadły tryb życia”. Od urodzenia mieszkam w tym samym miejscu. Od ponad trzydziestu lat oglądam na Szczęśliwicach każde lato, jesień, zimę i wiosnę.(…) Jest we mnie coś z wróbla, który rzadko opuszcza swoją najbliższą okolicę. A jak ona wygląda, nie wiem, nie potrafię spojrzeć na nią cudzymi oczami. Chyba jest spokojna, z rzadka tylko ktoś pośród nocy ryknie jak ranny zwierz: „Leeegiaaa!” albo połamie ławkę. Blokowisko z lat siedemdziesiątych, wielka spółdzielnia mieszkaniowa, szarzyzna przykryta morelowym lukrem styropianu. Na szczęście smog i jakieś porosty nadały mu już trochę patyny. Ale najcenniejszy jest park.
Wyrósł na dzikich polach, niedobitkach podmiejskich sadów i śmietniskach. Łąkach, na których obozowali Cyganie. Na cegielnianych wyrobiskach wypełnionych wodą. Dlatego nie ma tu wiekowych drzew ani architektury, która budziłaby zachwyt pięknem klasycznych form. Rodowód parku jest plebejski. (…)
Pagórkowaty step z oczkami glinianek ucywilizowano pod koniec lat sześćdziesiątych. Dwa jeziorka połączono kanałem, górce nadano kształt. Nowy park Szczęśliwicki obsadzono topolami, krótkowiecznymi prymusami, które pierwsze pchają się w wyścigu do słońca. Wierzby zwiesiły ciężkie, kudłate łby nad brzegiem glinianki. Zasadzono sosnowy las, dziś miejsce załatwiania potrzeb fizjologicznych. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych od południa opasywały górkę pola kapusty i nieużytki. Z chaszczy wylatywały z furkotem spłoszone bażanty. Cicha, ruderalna i niezbyt bezpieczna okolica z zapyloną drogą gruntową prowadzącą do torów. Gdzieś tam pochowaliśmy mojego pierwszego psa, ale jego szczątki nie zaznały spokoju. Lata dziewięćdziesiąte przeprowadziły na okolicy nieudaną operację plastyczną. Wokół parku wyrósł las dźwigów, które długimi ramionami wygrażały górce. Ściśnięte kartonowo-gipsowe osiedla, jakby przeszczepione z tanich śródziemnomorskich kurortów, rozpełzły się po okolicy. Na obrzeża parku, zręcznie wykorzystując polityczną koniunkturę, wślizgnął się też kościół. A na samej górce wzniesiono pomnik nowych czasów – Całoroczny Stok Narciarski. (…)
Pochmurny zimowy poranek spowija mgła. W ciszy siedzą dziesiątki mew. Najwięcej jest śmieszek z ciemnym sierpem za okiem, pomiędzy nimi kilkanaście mew siwych, zwanych dawniej pospolitymi. Nazwę zmieniono, bo jak chronić ptaka, którego liczebność z definicji nie powinna być przedmiotem troski? Mewy nocują na skutej lodem gliniance, nieruchome i czujne. Koło ósmej rzucą się z wrzaskiem między okoliczne bloki. Oblecą śmietniki, zajrzą na znajome skwery. Tam zawsze leży chleb– ciemny, biały i zielony od pleśni.
Nic nie umknie ich uwagi. Niestrudzenie nękają ptaki, które znalazły gdzieś gnaty z rosołu. Ścigają do skutku, aż szczęśliwi znalazcy porzucą swą zdobycz. To zresztą ciekawe, że pierwszym odruchem schwytanej mewy jest zwrócenie wszystkiego, co ostatnio zeżarła. Bo o co innego może chodzić prześladowcom jak nie o jedzenie? (…)
Dopiero pod koniec lutego coś zaczyna się dziać. Weselej pogwizdują sikory, wrony zabierają się do remontu gniazda. (…) Przebudzenie to wysiłek, dlatego wiosna budzi się niechętnie. Otwiera jedno oko, ale zaraz znowu je zamyka. Mróz na chwilę odpuszcza, ale za moment ponownie chwyta lodowatym uściskiem. Kałuża to rozmarza, to znów pokrywa się cienką błonką lodu. Pod koniec lutego gdzieś wysoko leciały skowronki, słyszałem z nieba ich zgrzytliwe głosy. Szpaki pogwizdywały już na początku marca, ale ostateczny sygnał końca zimy dają mewy, które znikają w połowie miesiąca. Niedługo potem wracają grzywacze i od razu park zapełnia się ich zachrypniętym gruchaniem. Natychmiast biorą się do pracy, wiją swoje liche, płaskie jak patelnia gniazda. Terytoria zajmują sikory, pierwiosnek odlicza swoim donośnym „cilp-calp”. Niemcy, naród pragmatyczny, nazwali go właśnie tak: der Zilpzalp. Białe kwiaty wiśni strzelają na początku kwietnia. To tylko kilka dni i białe płatki osypią się na ziemię.
Wiosna to pośpiech i niespodzianki. Bo kto by się spodziewał, że tu, w środku miasta, na otoczonym osiedlami jeziorku siądą raptem dwie płochliwe gęsi gęgawy? I że wyciągając niespokojnie szyje, będą dryfować przez pełną godzinę? (…)W połowie miesiąca wraca pierwszy śpiewak parku, kapturka, ale piosenkę ma jeszcze cichą i krótką, jakby ćwiczyła przed poważnym występem. Za moment przyleci świstunka, mały żółtawy ptaszek o świdrującym głosie przypominającym dźwięk toczącej się po marmurowym blacie monety. (…) Maj to już nieporadne pisklęta nawołujące rodziców z gałęzi drzew, z ławek i trawników. I masa trupów, bo przyroda jest bezlitosna dla słabych i wybrakowanych. Nawet w tym miłym, rodzinnym parku. Czerwiec nieprzyzwoicie pachnie berberysem.

2 komentarze

Dodaj komentarz

-->