Sześć książek napisanych przez kobiety nie tylko dla kobiet

Sześć książek, sześć różnych tonów, ale jeden wspólny mianownik: kobiece doświadczenie pokazane bez upiększeń i bez gotowych odpowiedzi. Jest tu i wypalenie, i nieśpieszna bliskość, i toksyczna miłość, i niewidzialna praca opieki, i walka o własny głos. To książki, które nie sprowadzają kobiet do jednej roli. Przeciwnie, pokazują, jak wiele napięć, sprzeczności i siły mieści się w historiach opowiadanych po swojemu. Koniecznie przeczytajcie je tej wiosny!

„Śluza” Zu Witkowska (wyd. ZnaK Literanova) – powieściowy debiut uznanej poetki

Zu Witkowska w „Śluzie” bierze na warsztat coś, co coraz częściej staje się doświadczeniem pokolenia trzydziestolatek: moment, w którym ambitnie i konsekwentnie budowane życie nagle przestaje się spinać. Jej bohaterka, biolożka wyjeżdżająca na terenowe badania, trafia w przestrzeń, która zamiast porządkować, jeszcze mocniej rozszczelnia to, co w niej kruche. Jest tu i zawodowa presja, i akademicki wyścig, i pytanie o to, kim zostajemy, kiedy przestajemy żyć wyłącznie swoją pracą. Ale największa siła tej powieści tkwi w czymś innym: w napięciu między kontrolą a rozpadem, rozumem a tym, co niewytłumaczalne. „Śluza” ma w sobie kameralność intymnej prozy i mrok psychologicznego thrillera, a przy tym nie gubi czułości dla kobiecego doświadczenia przemęczenia, ambicji i życia prowadzonego zbyt długo wbrew sobie.

„Dziwna pogoda w Tokio” Hiromi Kawakami (tłumaczenie: Anna Zalewska, wyd. Znak Literanova)

„Dziwna pogoda w Tokio” Hiromi Kawakami to książka dla tych, którzy chcieliby choć na chwilę zwolnić. Z pozoru niewiele się tu dzieje: 37-letnia Tsukiko przypadkiem spotyka w barze sake swojego dawnego nauczyciela, zwanego po prostu Senseiem, i z tej serii niepozornych spotkań rodzi się jedna z najbardziej subtelnych, literackich opowieści o bliskości. Kawakami pisze o relacji, która rozwija się powoli, ostrożnie, bez sentymentalnych fajerwerków, za to z ogromną czułością dla niezręczności, ciszy i niedopowiedzeń. To historia o samotności, która nie musi być dramatyczna, i o tym, że czasem więź rodzi się nie z wielkich wyznań, tylko z uważnej obecności. A przy okazji to także powieść niezwykle zmysłowa: pełna smaków Japonii, potraw, sake i drobnych rytuałów, przez które czytelnik nie tylko chłonie klimat Tokio, ale też niemal czuje głód. Nie czytajcie jej na pusty żołądek!

„Pokój Vilhelma” Tove Ditlevsen (tłumaczenie: IwonaZimnicka, wyd. Czarne)

Znowu dyskomfort! To jedna z tych książek, które czyta się z narastającą niewygodą, ale nie sposób się od nich oderwać. To krótka, gęsta powieść o miłości, która dawno przestała być ratunkiem, a stała się formą uzależnienia, przemocy i emocjonalnego szantażu. Lise – wyraźne alter ego samej Ditlevsen – żyje po rozstaniu z Vilhelmem, po którym został już tylko tytułowy pokój: pusty, a zarazem wciąż wypełniony jego obecnością. I właśnie to napięcie jest tu najciekawsze: Ditlevsen pokazuje nie tyle sam rozpad związku, ile to, jak głęboko toksyczna relacja potrafi wniknąć w psychikę, język i codzienność. „Pokój Vilhelma” jest zarazem brutalnie szczery i formalnie intrygujący, a autobiograficzny ciężar tej historii tylko wzmacnia jej siłę. To książka o miłości bez złudzeń, o strachu, uległości i traumie, która nie kończy się wraz z odejściem drugiej osoby. Nie tylko dla fanów (czyli mnie!) wszystkich poprzednich książek Ditlevsen.

„Awanturnica” Lauren Groff (tłumaczenie: Dobromiła Jankowska, wyd. Pauza)

 

Lauren Groff jest jedną z tych pisarek, do których wraca się nie z obowiązku, lecz z czytelniczej pewności, że znów zrobi z człowiekiem coś ciekawego. Po „Fatum i furii”, „Florydzie”, „Wyspie kobiet” i znakomitej „Fudze”, także „Awanturnica” potwierdza, że Groff najlepiej czuje się tam, gdzie czytelnikom będzie niewygodnie. Ten zbiór opowiadań rozpięty między latami 50.
a współczesnością pokazuje bohaterki i bohaterów uwikłanych w nieustanną walkę między instynktem a rozumem, współczuciem a przemocą, miłością a lękiem. Groff pisze o relacjach
w sposób bezlitosny, ale nigdy uproszczony: interesuje ją to, jak łatwo dobre intencje mogą zamienić się w opresję, jak blisko bywa od troski do zawłaszczenia, od pożądania do dominacji. Jej opowiadania są precyzyjne, gęste i niepokojące, a przy tym świetnie pokazują kobiece doświadczenie w świecie, który wciąż próbuje mówić kobietom, kim mają być i jak mają przetrwać.

„Wymieranie Ireny Rey” Jennifer Croft (tłumaczenie: Kaja Gucio, wyd. Pauza)

To książka dla wymagających czytelników i sama też taka jest. Jennifer Croft napisała powieść, jakiej naprawdę rzadko się dziś doświadcza: jednocześnie przewrotną, intelektualnie pobudzającą i autentycznie wciągającą. „Wymieranie Ireny Rey” to książka dla tych, którzy lubią, kiedy literatury nie podaje się od razu na tacy. Punktem wyjścia jest kapitalny pomysł: grupa tłumaczy z całego świata trafia do domu uwielbianej pisarki w Puszczy Białowieskiej, by wspólnie pracować nad jej opus magnum. Kiedy autorka znika, zaczyna się gra obsesji, zależności, rywalizacji i coraz bardziej niepokojących projekcji. Najciekawsze jest jednak to, że Croft otwiera tu fascynującą dyskusję o miejscu tłumacza: często nadal niewidzialnego, a przecież współtworzącego literaturę na równi z autorem. To powieść błyskotliwa, dziwna, chwilami przezabawna. Chapeaux bas dla Kai Gucio, tłumaczenie musiało być również wyzwaniem!

„Mięśnie mam od miłości” Paulina Małochleb (wyd. Karakter)

Jedna z tych książek, które rozprawiają się z najbardziej oswojonymi mitami. Nie o macierzyństwie jako prywatnym doświadczeniu i nie o rodzinie jako bezpiecznej przystani, lecz o wstydzie, kontroli i pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne. Małochleb pokazuje, jak opieka zostaje kobietom przypisana jako coś naturalnego, a więc zarazem niewidzialnego i obowiązkowego – ciężar „uwikłania w miłość i opiekę”, jak sama pisze, „wymuszany na kobietach od chwili ich urodzenia”. To książka o ciele zmęczonym, karmiącym, rodzącym, o instytucjach i języku uczących kobiety tłumić gniew, zarządzać emocjami i nie przeszkadzać systemowi w sprawnym działaniu. A jednocześnie to rzecz zaskakująco czuła, bo pod warstwami społecznych oczekiwań, przemocy, norm i codziennego wyczerpania Małochleb szuka jednak miłości – nie jako wzniosłej idei, lecz jako czegoś dotykalnego, kruchego i realnego. Mimo wszystko – przynosi pocieszenie.

 

-->