Nie ucieka z miasta, tylko dba o proporcje. Między Warszawą, lasem a hiszpańskim wybrzeżem Margaret buduje własny rytm oparty na przeciwieństwach: energii i wyciszeniu, pracy i resecie.
Jonasz Tołopiło: Rozmawiamy, kiedy jesteś w Hiszpanii, kilka metrów od morza. W Polsce mieszkasz i tworzysz na odludziu – w lesie, a kiedy i to przestaje wystarczać, wsiadasz do kampera. To już jest twój tryb życia – na stałe, z dala?
Margaret: To jest bardziej etap niż coś, co wybrałam raz na zawsze. Właśnie przeprowadziliśmy się w Hiszpanii do nowej chaty – dosłownie 10 metrów dalej, ale już totalnie od strony plaży. Ogarniamy ogród, rośliny, płot. I to jest dla mnie ważne – to osadzanie się, nawet jeśli to jest tymczasowe.
Brzmi trochę jak emerytura. Nie za wcześnie?
Zależy dla kogo.
Często można spotkać się z wizerunkiem artysty, który osiągnął szczyt, wystąpił na każdej scenie, wydał kilkadziesiąt albumów i wyprowadza się z dala od cywilizacji, żeby uprawiać ogródek i patrzeć na zachody słońca. Tak jak ty.
Wydaje mi się, że moje milenialsowe pokolenie odrobiło tę lekcję z FOMO. I coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, z tego że nie trzeba żyć najszybciej jak się da, że można po swojemu, inaczej, tak gdzieś pośrodku. Taki tryb życia w ogóle nie kojarzy mi się z emeryturą, tylko właśnie z ładowaniem baterii, żeby potem działać lepiej i mieć świeższe pomysły. To dla mnie bardziej stacja ładowania Tesli niż garaż na ostatnie lata dla gruchota.
Ucieczka z miasta to powrót do korzeni? Ciągnie cię do tego, co znasz z dzieciństwa?
Wychowałam się w Ińsku, małym miasteczku nad jeziorem. Dużo natury, mnóstwo zwierząt – mój brat miał hodowlę psów husky, było ich u nas ze dwadzieścia. Jeździliśmy z nimi na zawody, w przyczepie, spaliśmy razem, żyliśmy razem. Przez cały czas byłam więc blisko tego świata. Zawsze byłam powsinogą.
Potem przyszedł okres buntu?
Oczywiście. W kontrze do mojego poprzedniego życia, w Warszawie zamieszkałam w samym centrum przy ulicy Marszałkowskiej, obok Planu B i Charlotte. Przez kilka lat naprawdę wydawało mi się, że jestem miejskim zwierzęciem i że to moje miejsce na Ziemi, a później okazało się, że jednak nie.
Pamiętasz konkretny moment, kiedy zdałaś sobie z tego sprawę?
Mam wrażenie, że dla wielu 27 lat to taki moment przełomowy. Mnie też zaczęło się wtedy wszystko przestawiać, że jednak bliżej zieleni, że jednak ciszej, że może jestem też trochę introwertyczna, że wreszcie skończył się ten bunt po wyjściu z chaty, w którym chcesz robić wszystko na opak.
WYDAWAŁO MI SIĘ, ŻE JESTEM MIEJSKIM ZWIERZĘCIEM I ŻE TO MOJE MIEJSCE NA ZIEMI. A PÓŹNIEJ SIĘ OKAZAŁO, ŻE JEDNAK NIE.
Powrót do natury, do życia z dala od miasta był dla ciebie progresem, czy jednak powrotem do tego, co znałaś?
W tamtym momencie tak o tym nie myślałam. Kiedy dziś to wspominam, to było to raczej wypośrodkowanie. Jak za bardzo wychylisz się w jedną stronę, to potem odbijasz w drugą skrajność i dopiero wracasz do równowagi. I w moim przypadku właśnie tak to wyglądało. Lubię i jedno, i drugie. Udało mi się wypracować w życiu balans. To nie jest coś stałego. Mam taki tryb, że np. dwa tygodnie jestem w Warszawie i mam totalny wpierdol – praca, tempo, ludzie, a potem dwa tygodnie jestem nad morzem w Hiszpanii, gdzie rytm wyznaczają mi fale i wiatr.
A potem, wiosną, jadę do Polski i siedzę w swoim domu i studio w lesie, albo wsiadam do kampera i jadę na Eurotrip. Potem znów wpadam w inny rytm, bo wyjeżdżam na sesję, spotkania biznesowe i z powrotem jest intensywnie. Jedno bez drugiego nie działa. Jak za długo jest spokojnie, to zaczyna mnie nosić. Kiedy za długo jest intensywnie, to muszę uciec.
Kiedy kursujesz między naturą a miastem, długo osadzasz się w nowej rzeczywistości?
Po koncertach czy po jakimś intensywnym okresie masz taki dopaminowy haj, a potem nagle wracasz do ciszy i zaliczasz zjazd. I to nie jest przyjemne. Masz wrażenie, że świat stanął, a ciebie już nic nie czeka. Muszę się do tego adaptować. Mam tendencję, żeby wierzyć we wszystko, co myślę, a to jest błąd, więc uczę się brać na siebie poprawkę – mówić sobie: „dobra, minęło pięć godzin w ciszy, uspokój się, nic złego się nie dzieje”. Dopiero następnego dnia ta cisza i ten spokój zaczynają mi smakować. Pomaga mi też ruch. Jak się ruszam, to mniej mam takich myśli.
I co wtedy robisz?
Spaceruję, biegam, ostatnio zaczęłam surfować, choć póki co wychodzi mi to średnio. Gram też trochę w tenisa, ale bez bicia rekordów i przypisywania temu ogromnej wagi. Potem, kiedy już wyhamuję głowę, wchodzą spokojniejsze rzeczy – czytanie, medytacje, joga. Ale to nie dzieje się dzień po koncercie, bo nie mogę czytać o neurohackingu, jak w głowie mam wciąż teksty piosenek.
Lepiej tworzy ci się z dala od bodźców?
To zależy od konkretnego procesu kreatywnego. Przeskakiwanie z tych dwóch różnych światów jest możliwe, ale na maksa wykańcza. Pisanie tekstów w Warszawie, pomiędzy przychodzącymi non stop SMS-ami i mailami, to skrajnie trudna robota, bo tu obok dzieją się rzeczy, a ja mam się zdystansować, patrzeć w szerszy sposób, szukać metafor, odkleić się, no niby jak? Albo idę na spotkanie z kimś ważnym i robię biznes, a za dwie godziny spotykam się z ziomkiem i mamy napisać wzruszającą balladę. To serio są dwa różne światy. Mam w pracy dwie funkcje, które się ze sobą gryzą. Dlatego wolę oddzielać te procesy. W mieście jestem w działaniu, w energii, w performansie, a tutaj, w naturze mam przestrzeń na myślenie czy szukanie metafor.
Czyli Hiszpania to też praca. Nie tylko odpoczywasz i ładujesz baterie.
Tak. Traktuję ją też jak songwritingowy camp. Czasem zapraszam ludzi, pracujemy, robimy wspólnie rzeczy. Próby mamy na plaży, w ogrodzie.
No właśnie, rozmawiamy niedługo po wydaniu EP-ki „Body”. Nowy materiał też powstawał w takim trybie?
Tak, choćby z choreografką przygotowywałyśmy w Hiszpanii występ na premierę – siedziałyśmy na plaży, tam pojawiały się pomysły, tam ćwiczyłyśmy. To jest inny tryb pracy, ale bardzo dobry. W ogóle cały ten projekt, tryptyk, jest właśnie o balansie, dzieleniu siebie pomiędzy swoje różne oblicza. W niedalekiej przyszłości, poza „Body”, pojawi się jeszcze „Voice” i „Mind”.
Trzy różne wersje ciebie czy trzy różne historie?
Raczej to pierwsze. Taniec – przewijający się w „Body” – zawsze był obecny w mojej muzyce. „Mind” to już bardziej tekstowe rozkminki, które w pewnym momencie muzycznego rozwoju stały się dla mnie bardzo ważne, a „Voice” to element, który jest dla mnie kwintesencją mnie w popie. To trzy filary, które widzę w sobie muzycznie.
Nie boisz się, że ktoś zarzuci ci brak spójności? Z jednej strony chcesz pokazać coś zupełnie nowego i innego, a jednocześnie musisz mieć z tyłu głowy, że każdy tekst i dźwięk to element większej układanki. Fani to zrozumieją?
Na to liczę, ale co z tego wyjdzie, to zobaczymy, bo nadal jestem w trakcie pisania (śmiech). Jest jednak wspólny klucz – mój głos, moja wrażliwość i to, że ja układam te melodie. Poza tym żyjemy w czasach fascynacji K-popem, a w tym gatunku w ciągu jednej, trzyminutowej piosenki potrafi wydarzyć się wszystko. Moje ADHD jest w tym uniwersum bardzo szczęśliwe. Nasze mózgi też się do tego przyzwyczajają i na pewno mają większą odporność do zmieniania wątków i tematów.
Słuchając „Body”, mam przed oczami metropolię, cywilizację, bawiących się ludzi, a ty jednak tworzysz z dala. Da się?
Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, ale są artyści, na których spływa wena, bo ktoś z nimi zerwie, bo mają złamane serce. I piszą piosenki, bo akurat znaleźli się w takich okolicznościach i chcą to przekazać. Wszystko fajnie, ale jak już robisz to 15 lat, to nie ma co czekać na to, że na ciebie coś spłynie. Nie będziesz przecież się z kimś rozstawał po to, żeby napisać utwór. Pisanie piosenek to jest praca. Abstrakcyjna, tak, ale songwriting też ma zasady, swój kodeks pracy (śmiech). Mogę siedzieć na odludziu i pracować z Kizo nad utworem ,,JetLag” na przykład, który jest na maksa przebodźcowujący, wielowątkowy, może kojarzyć się z dudniącym miastem. Jestem reżyserką historii ze swoich piosenek, ale nie muszę być już ich bohaterką.
I udaje ci się w tym pozostać autentyczną?
Miałam moment, w którym bardzo mocno osadziłam siebie jako bohaterkę w swoich piosenkach, a z perspektywy czasu uważam, że to jest bardzo obciążające mentalnie. Kiedy się dystansuję, jest dużo łatwiej. Bo jeśli chcesz być artystą i nie chcesz skończyć jak Amy Winehouse, to do jakiegoś stopnia musisz oddzielić to „ja” prywatne od tego artystycznego. Nie uważam, że to zabiera autentyczność. Film fabularny nie musi być oparty na faktach, żeby wzruszać. Nie musisz mieć krwawiącego serca, żeby umieć o tym napisać. O ile oczywiście jesteś w tym wszystkim szczera wobec fanów i nie sprzedajesz fałszywej wizji siebie. Po pracy możesz mieć przecież inne życie, w którym jesteś kimś innym i nie musisz cały czas być tą osobą z piosenek.
Zdjęcia Jan Walczak
Produkcja Ewa Dziduch-Piasecka







