- Kendrick Lamar, “To Pimp a Butterfly”
W przerywniku podczas otwierającego album “Wesley’s Theory” słyszymy głos Doktora Dre pouczającego Kendricka Lamara, że sztuką nie jest wybić się na piedestał, ale się na nim utrzymać. Za sprawą wydanego w 2012 roku “good kid, m.A.A.d city” młody raper z Compton zrealizował pierwszą część planu na bardzo dobry z plusem. Na kolejny krok przyszło nam czekać aż dwa i pół roku. Jest to jednak krok odważny, rozważny i bezkompromisowy. Co najważniejsze, jest to krok do przodu. Materiał faworyzuje i wynagradza słuchaczy świadomych muzycznych korzeni hip hopu, którym nie trzeba przedstawiać “What’s Going On”, “Pieces of a Man” albo “There’s a Riot Going On”. Brzmieniowy szkielet płyty skonstruowany został z elementów psychodelicznego soulu, p-funku, jazzu i gdzieś dopiero na końcu hip hopu. Stanowi to ewenement do tego stopnia, że najbardziej rapowo brzmiący utwór — boom bapowe, wzbogacone o raggamuffinowy refren “The Blacker the Berry” — lekko krępuje swoją pospolitością. Wszystko pozostałe błyszczy odbitym światłem lat siedemdziesiątych, ale jest to blask pełen chwały i zaskakującej świeżości. Główną dyrektywą jest soul. Tradycyjny czy ten w nowocześniejszej, soulqarianowej konwencji — nie ma znaczenia, jak to nazwiecie. Zgadzają się jednak jak najbardziej skojarzenia z czasami świetności kolektywu tworzonego przez Dillę, Rootsów, Commona, Erykę Badu i resztę. Słuchając wkładu udzielających się instrumentalnie postaci takich jak Terrace Martin, Robert Glasper, Thundercat, a także udziału Flying Lotusa, Taza Arnolda z Sa-Ra i patronatu Sounwave’a, nie sposób nie odnieść wrażenia, że artyści tworzą właśnie takie współczesne, kalifornijskie Soulquarians 2.0. To Pimp a Butterfly to nie tylko polityka, ale również introspekcja. Przez umysł Kendricka przewijają się tysiące wątpliwości związanych ze zdobyciem sławy, uleganiem lub nieuleganiem pokusom nowego życia (pod postacią dziewczyny o imieniu Lucy, opozycji do Sherane z good kid, m.A.A.d city), sentymentalnymi podróżami do rodzinnych stron, życiowych mądrości wygłaszanych przez matkę i babcię (w roli tej ostatniej wystąpił… Bilal). Autentyczna depresja w “u” kontra śmiała odbudowa pogody ducha w “Alright”. Wszystko co zostaje wypowiedziane przez rapera przez szesnaście utworów przeistacza się w kolejne wersy wypowiadanego między piosenkami poematu — za każdym razem coraz dłuższego. Jest to wariacja na temat idei tabula rasa i do tego niesamowicie przemyślana kompozycja szkatułkowa. Najważniejsze jednak jest to, komu ten wiersz zostaje w ostatecznej postaci wygłoszony. Punktem kulminacyjnym albumu jest wywiad z Tupaciem, który doskonale buduje napięcie przed momentem, w którym Lamar przedstawia kolejny poemat, tym razem o tytułowym motylu, po czym pyta Shakura o opinię. Odpowiedzi jednak nie uzyskuje. To jak finalna scena filmu, po której nie pozostaje nic innego, jak nagrodzić ją owacją na stojąco. Wtedy orientujemy się, że brawa tak naprawdę należą się za cały film, od początku do końca.
— Maciej Chojnacki
- D’Angelo & The Vanguard, “Black Messiah”
D’Angelo pod koniec 2014 roku nie tylko wydał zapowiadany i wypatrywany od wielu lat album. Przede wszystkim pokazał, że nadal ma pomysł na swoją muzykę i jednoznacznie udowodnił niedowiarkom, że warto było na niego czekać. “Black Messiah” niewątpliwie opiera się w dużej mierze na stylu, który D’Angelo wypracował z kolektywem Soulquarians półtorej dekady temu. Nie może być jednak mowy o próbie odtworzenia koncepcji “VooDoo”, które, choć podobne brzmieniowo, było albumem zdecydowanie odmiennym charakterologicznie — raczej funkrockowa aniżeli hip-hopowa energia, aranże podszyte psychodelią i niepokojem oraz zauważalne raz po raz zamiłowanie do szeroko pojętego eksperymentatorstwa plasują album gdzieś pomiędzy “New Amerykah Part One (4th World War)” Eryki Badu a “In the Jungle Groove” Jamesa Browna. “Black Messiah” stanowi naturalną ewolucję brzmienia, które przez ostatnie dwie dekady stopniowo zarysowywało swój charakter — pożyczając kolejne detale od najlepszych postaci XX-wiecznej muzyki — począwszy od oczywistych nawiązań do Prince’a, przez groove wspomnianego Jamesa Browna, kunszt wokalno-interpretatorski wielkich soulowych klasyków lat 60. i 70., koncepcję koherencji stylistyczno-tematycznej Marvine’a Gaye’a, aż po wyrazistość artykulacji Milesa Davisa. To wszystko uważny słuchacz mógł znaleźć już na debiutanckim “Brown Sugar” z 1994 roku, ale dopiero na “VooDoo” ta wybuchowa mieszanka inspiracji zakwitła pełnią barw, by następnie dojrzeć wraz z osobistymi doświadczeniami artysty i kilkanaście lat później przybrać kolejną kunsztowną formę. Rzeczą niewątpliwie charakterystyczną dla “Black Messiah” jest z jednej strony zbudowanie przestrzennego brzmienia skrzącego się wielością żywych instrumentów, nakładających się na siebie wokali i psychodelicznych efektów, a z drugiej — zachowania surowego, momentami wręcz pierwotnego, a przez to naturalnego i paradoksalnie na swój sposób harmonijnego, charakteru materiału. To płyta, z którą być może trzeba się oswoić — choć nie każda melodia od razu zapada w pamięć, przy pierwszych odsłuchach słuchaczowi w pełni rekompensują to pieczołowite aranże, a wraz z każdym kolejnym — narastające poczucie satysfakcji obcowania z pierwszorzędnym projektem muzycznym. “Black Messiah” to jambandowy, osadzony głęboko w funkrockowych i neo-soulowych fundamentach komentarz społeczno-politycznej kondycji dzisiejszego świata. Długo wyczekiwany revival świadomego soulu.
— Kurtek Lewski
- Frank Ocean, “Channel Orange”
W świecie, w którym nieustannie dzieje się tak wiele — zarówno dookoła, jak i wewnątrz nas, potrzeba wielkiej odwagi i jasności umysłu, by w rozsądny sposób zebrać pulsujące myśli i uczucia i zamknąć je w jedną całość. Channel Orange to pierwszy świadomy soulowy album młodego pokolenia i jeden z nielicznych od czasu świetności Marvina Gaye’a czy Curtisa Mayfielda. Ocean, jeszcze dobitniej niż na debiutanckim mikstejpie Nostalgia, Ultra., z mijających się wzajemnie historii, przy pomocy słonecznego klasycznego soulu spod znaku Steviego Wondera i minimalistycznych funkujących syntezatorów, w bezliku najdrobniejszych detali projektuje zupełnie odrębny świat. Wyrazisty i prawdziwy, poruszający wiele rzeczywistych problemów jak choćby — nieodwzajemniona miłość, religia, seksualność, narkotyki czy pieniądze. Ocean zręcznie demonstruje, że we współczesnym R&B jest wciąż jeszcze bardzo wiele do osiągnięcia, jeśli chodzi o formę i treść. Do zdominowanego przez puste teksty i generyczne bity gatunku, z naturalną lekkością wprowadza nową świeżość — natchnienie i substancję, jakich brakowało tu od lat. Najlepszym przykładem jest blisko dziesięciominutowy progresywny opus “Pyramids”, który z pomocą staroegipskich metafor, opowiada o nietypowej uczuciowej relacji prostytutki i jej klienta. Prezentuje przy tym nieoczywiste rozwiązania strukturalne, przywołując klimat nocnych klubów dzięki pracy psychodelicznych syntezatorów. Kameralne, intymne “Bad Religion” to szczera, niemalże filozoficzna rozprawa o nieodwzajemnionej miłości, swoista kontynuacja zeszłorocznego “We All Try”, a bujające “Sweet Life” współprodukowane przez Pharrella i “Super Rich Kids” z gościnnym udziałem Earla Sweatshirta obnażają bierność i bezrefleksyjność kalifornijskiej klasy wyższej. Channel Orange to szczery i zaangażowany album — skrupulatny i przemyślany zapis myśli współczesnego człowieka czującego i poszukującego — krążek pełen świadomie postawionych pytań, na które nie ma łatwych i jednoznacznych odpowiedzi.
— Kurtek Lewski
- Janelle Monáe, “The ArchAndroid”
Wizja “Metropolis” Janelle Monáe to triumf na wielu poziomach. O inspirowanym arcydziełem kina niemego w reżyserii Fritza Langa ambitnym projekcie piosenkarki można było po raz pierwszy usłyszeć już w czasach, gdy nikomu nieznana wówczas Monáe debiutowała jako przyboczna wokalistka Big Boi’a na drugiej części “Got Purp?”. Wtedy też w internetowym drugim obiegu zaczęły pojawiać się jedna po drugiej niepublikowane piosenki wokalistki — jedna z nich “Metropolis”, do dziś zresztą niewydana, w najbardziej chyba jak dotąd klarowny sposób przedstawiała punkt wyjścia do historii nakreślonej później w szczegółach przez wokalistkę — oto android Cindi Mayweather, alter ego Monáe, popada w konflikt z międzygalaktycznym prawem, zakochując się w człowieku imieniem Anthony Greendown. Swoją muzyczną podróż Cindi i Janelle rozpoczynają w 2007 roku suitą “The Chase” od spektakularnej ucieczki w rytm futurystycznego rock & rolla (zrealizowanego na kanwie współczesnego R&B z progresywną domieszką funku, klasycznego soulu, rocka i swingu), który za jakiś czas stanie się wizytówką projektu i samej Monáe. Na “The ArchAndroid” i Cindi, i Janelle w pełni rozwijają skrzydła. Mayweather staje się ikoną ruchu oporu, a Monáe wspierana finansowo i kreatywnie przez Diddy’ego wraz z zespołem wiernych współpracowników z Wondaland Art Society osiąga kreatywne wyżyny. Album wypełniony jest po brzegi eksperymentami stylistycznymi — wspólnie z Saulem Williamsem Monáe najpierw wprowadza słuchaczy w hipnotyczny trans w “Dance or Die”, następnie eksploruje psychodeliczny kameralny pop lat 60. w onirycznym “Mushrooms & Roses”, by zakończyć epicką ośmiominutową orkiestrową balladą zaśpiewaną z jazzowym zacięciem prosto ze szkoły starego Hollywood w “BaBopByeYa”. W międzyczasie przeżywa rozmaite przygody — prowadzi zimną wojnę i ląduje w wypatrywanym Wondalandzie — narracja niezmiennie zamyka się w formie niesamowicie przebojowych art popowych numerów rozmaitej maści. Wydanie “The ArchAndroid” w formie longplaya, a nie jak planowano wcześniej, jako dwóch osobnych epek, pokazało siłę płyty długogrającej — ledwie znana wcześniej Monáe właśnie dzięki płycie wkroczyła pewnym krokiem do pierwszej ligi R&B. Krytyczny sukces “ArchAndroid” miał też niebagatelny wpływ na wskrzeszenie mody na albumy koncepcyjne, które od połowy lat 80. były w poważnym odwrocie. Nic w tym zresztą dziwnego — nie da się ukryć, że Monáe, tworząc mieszankę do tej pory nieodkrytą i do dziś zupełnie niepowtarzalną, zdefiniowała na nowo, jak może brzmieć R&B.
— Kurtek Lewski
- Erykah Badu, “New Amerykah Part One (4th World War)”
Psychodeliczny soul na miarę naszych czasów. Erykah Badu już od drugiego albumu wyraźnie dawała nam znać, że nie zamierza nagrywać kolejnych “Baduizmów”, widząc swą przyszłość w eksperymentach nad tym co znane i nieznane. “New Amerykah Part One (4th World War)” było ostatnim i najwyższym etapem tej transformacji — ani powielająca schematy druga część projektu, ani inspirowany Drake’m mixtape nie zdołały tego zmienić. Natchniona współpracą z Madlibem, Sa-Ra, a przede wszystkim kanalizująca emocje związane z odejściem bliskiego współpracownika i przyjaciela J Dilli artystka stworzyła godny podziwu i naśladowania (a to i tak nikomu się jak dotąd nie udało) wzór postmodernizmu w muzyce soul. Elementy soczystego funku z lat siedemdziesiątych, melodie Roya Ayersa i słowa Eddiego Kendricksa ulegają tu intertekstualizacji w sidłach hiphopowo-elektronicznej awangardy spod marki Stones Throw. Pielęgnowana tradycja oraz jej jednoczesne odrzucenie. Małostkowość kontra nieskrępowane niczym ambicje. Rozwaga politycznego szkieletu całości kontra niedyskretna groteska (“More Action! More Excitement! More Everything!”). Siła spokoju niezmiennie pięknego wokalu Badu kontra zupełne artystyczne ADHD — kuszące i zachęcające nas do poznawania struktur zrodzonego w umyśle autorski państwa zwanego Nową Ameryką. Można odnieść wrażenie, że wszystko oparte jest tutaj na konfliktach, ale to w końcu “Czwarta Wojna Światowa” — bez ofiar czy represji, ale wciąż budząca fascynację historyków studiujących chronologię nowożytnego soulu.
— Maciej Chojnacki
- Amy Winehouse, “Back to Black”
Są albumy, które uznajemy za kultowe, chociaż tak naprawdę większość z nas zna je tylko na wyrywki, bo robią je pojedyncze przeboje. Są też płyty jak “Back to Black”, które w całości, z nienarzucającą się mocą i ponadczasowym potencjałem zamieniają się w muzyczne kamienie milowe. Na drugi album Amy Winehouse składa się zaledwie jedenaście kawałków, których łączny czas ledwie przekracza pół godziny, co jednak wystarczyło, by zbudować legendę współczesnego soulu — cudownie melodyjną konstrukcję opartą na wspaniałym, klasycznym R&B wymieszanym z elementami neosoulowymi lekko okraszonymi chwytliwym popem. Piosenki przywołujące ducha eleganckich zespołów przełomu lat 50. i 60. wzmocnione tekstami napisanymi niewybrednym językiem ukazują Amy jako nietuzinkową kompozytorkę i wokalistkę. Dzięki produkcji Marka Ronsona i Saalama Remiego krążek był zresztą właściwie skazany na sukces. Jednak z perspektywy nieubłaganie płynącego czasu w nagraniach coraz wyraźniej dostrzega się drugie dno — “Rehab” przestało być niepokornym hitem prowokującym do tańca, a tytułowe “Back to Black” czy “Love Is a Losing Game” to już nie jedynie przejmujące utwory o miłości, ale dowody w sprawie burzliwego związku artystki znanego z czołówek gazet. Ostatnia płyta Winehouse to esencja jej artystycznego dorobku. Wielki talent, ale i ciężka praca — możliwości wyciśnięte niemal do ostatniej kropli, choć historia tocząca się w tle powstawania wydawnictwa była, jak wiemy, bardziej tragiczna niż twórcza. Śmierć Amy wcale nie była potrzebna, by prawie dziesięć lat po premierze album nadal sprawiał, że po kilku odtworzeniach odczuwa się lekki smutek, że tego pierwszego odsłuchu nie można przeżyć jeszcze raz.
— Hanna Brzezińska
- Kanye West, “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”
Po ascetycznym “808s & Heartbreak”, nad którym płakaliśmy wszyscy, a głównie sam zainteresowany Kanye West postanowił, że kolejny krążek zrobi na bogato. Gdyby chcieć porównać tę płytę do stylu w sztuce, byłby to niewątpliwie barok. Podniosłe, a czasem wręcz przesadnie patetyczne brzmienie wychodzące dalece poza hiphopowe ramy i cała plejada gwiazd w chórkach czynią ten krążek pomnikiem trwalszym niż ze spiżu. Są tu wielkie momenty, które dobitnie podkreślają jestestwo, jak wszyscy doskonale wiemy, najlepszego artysty wszech czasów. Wśród nich m.in. otwierające album pompatyczne “Dark Fantasy”, anielskie “Power” na pożyczonym od King Crimson samplu czy horrorcore’owym banger “Monster” ze zwrotką życia Nicki Minaj. West pochylił się jednak także na gorzką stroną życia w szeregu bardziej melancholijnych numerów z niezwykle szczerym “Runaway” i pulsującym “Lost in the World” na czele. A sam West? Nadal pozostał pewnym siebie dupkiem, którego się kocha albo nienawidzi. “My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to album jedyny w swoim rodzaju, zrobiony z niesamowitym rozmachem, który trudno będzie powtórzyć. To także jedyne miejsce w galaktyce, w którym West zdołał upchnąć całe swoje ego.
— Julia Borowczyk
- J Dilla, “Donuts”
Donuty w muzycznym światku nie kojarzą się wyłącznie z przyozdobionymi kolorową posypką pączkami z dziurką, ale są przede wszystkim prostolinijnym skojarzeniem z albumem jednego z najwybitniejszych producentów hiphopowych — J Dilli. To właśnie album “Donuts” jest najczęściej wymienianym i najpowszechniej kojarzonym dziełem nieodżałowanego Jay Dee. Historia tego krążka opatrzona jest również tragedią w tle, pochodzący z Detroit artysta udostępnił go bowiem zaledwie na trzy dni przed swoją przedwczesną śmiercią, zostawiając tym samym poważne i pokaźne dziedzictwo przyszłym pokoleniom hiphopowych producentów. Muzyczny testament Amerykanina składa się z 31 kompozycji i jeśli chciałbym doszukać się tu ukrytych znaczeń, z pewnością pierwszą myślą byłoby połączenie liczby utworów z ówczesnym wiekiem producenta. Nie bez znaczenia pozostają również okoliczności w jakich “Donuts” powstawało. Walka z chorobą, coraz mniej sił i narastająca z czasem świadomość, że z tej walki nie da rady wyjść zwycięsko. Mimo tego wszystkiego mamy do czynienia z materiałem przepełnionym energią i radością tworzenia, co zasługuje na nawet większy podziw. Choć początkowo mnogość ścieżek na krążku może odstraszać, tak naprawdę tylko jedna z nich trwa tu dłużej niż dwie minuty. Być może to zabieg celowy — z jednej strony utrzymujący koncentrację słuchaczy, z drugiej — demonstrujący w pełnej krasie szereg samplowanych pomysłów Dilli. Nie brakuje tu oczywiście pączków z soulowym nadzieniem, ale i koneserzy bardziej eksperymentalnych smaków nie powinni odejść głodni od głośników. “Donuts” jest doskonałym przykładem kreatywnego wykorzystywania sampli i zestawienia ich ze sobą przy wykorzystaniu organicznie brzmiących beatów wyzbytych schematów i dalekich od sztampy. Z tego też powodu ostatnie wydawnictwo od Dilli jest wciąż niewyczerpalnym źródłem inspiracji i już na zawsze pozostanie jednym z filarów współczesnego beatmakingu.
— Dźwięku Maniak
- Kamasi Washington, “The Epic”
Zaangażowanemu w środowisko hiphopowe saksofoniście-wizjonerowi Kamasiemu Washingtonowi ze swoim debiutanckim krążkiem udała się rzecz na bardzo wielu poziomach niebywała. Wydany w zeszłym roku album “The Epic” zdobył uznanie prasy niezależnej i słuchaczy na co dzień niezwiązanych blisko ze sceną jazzową. Tym samym sprawił, że jazz, niegdyś symbol witalności, bezkompromisowości, buntu przeciwko zastanemu porządkowi, znów stał się adekwatnym środkiem wyrazu — być może po raz pierwszy od ponad 40 lat.
Ten trwający niemal trzy godziny muzyczny gigant bez wątpienia dorasta bowiem do nadanego mu tytułu. Zrobiony z wyczuciem i rozmachem, hołdujący kilku pokoleniom jazzmenów, począwszy od post-bopowego Sun Ry przełomu lat 50. i 60., poprzez silne wpływy tradycji spiritual jazzu szkoły Coltrane’owskiej, szeroki wachlarz inspiracji rozkwitających w jeszcze kolejnej dekadzie fuzjonistów, aż po bardziej współczesne, choć także mające długą historię, zainteresowanie jazzmenów prostą soulową harmonią. Tym samym Washington splata amalgamat rozmaitych fascynacji w jeden pęk, którego siłą jest zawsze ekspresja — otwierające pierwszy z trzech krążków 12-minutowe “Change of the Guard” doskonale reprezentuje plastykę, rozmach i natchnienie będące fundamentem wizji Washingtona, na której oparte zostało całe “The Epic”. Ostatecznie trudno jednak nie odnieść wrażenia, że źródło pierwotnej inspiracji muzyka ukryte jest gdzieś w kosmosie. Kosmosie, który na czas sesji nagraniowych krążka przepełnił nie tylko umysł Washingtona, odpowiadającego za większość z 17 kompozycji, które trafiły na album, ale także instrumenty 10-osobowej grupy muzyków, która nuty, wykresy i rysunki pierwszorzędnie przełożyła na dźwięk. Niewątpliwą zasługą Washingtona jest niełatwa umiejętność zachowania równowagi pomiędzy awangardą (zwykle rozumianą jako atonalność, gwałtowne zmiany rytmiczne, nieograniczoną niczym improwizację) a bardziej klasycznym podejściem do melodyki.
— Kurtek Lewski
- Maxwell, “BLACKsummers’night”
Zapowiadany jako początek trylogii i nagrany po ośmioletniej przerwie album “BLACKsummers’night” przywrócił należny blask jednemu z najważniejszych współczesnych artystów muzyki soul. Jak pokazują późniejsze przykłady Bilala i D’Angelo, dłuższy odpoczynek od nagrywania i wydawania muzyki może mieć znakomity wpływ na jej jakość i brzmienie. Album napisany i skomponowany wspólnie z Hodem Davisem nagrany został w dużej mierze na żywo z towarzyszeniem ośmioosobowego zespołu, którego oś stanowiła rewelacyjna sekcja rytmiczna. Genialnie zagrany krążek broni się swoim organicznym brzmieniem do dzisiaj, a jak ważna dla wymowy albumu była sama muzyka, pokazuje choćby singlowe “Bad Habits”, w którym wyciszone i kameralne otwarcie stopniowo i płynnie przechodzi w bogaty, z przepychem zaaranżowany numer z wysuwającymi się przed szereg dęciakami. Kompozycje idealnie podkreślają też tematykę utworów i często sinusoidalne uczucia związane z miłosnymi rozterkami. Złamane serce, rozstania i powroty to główny temat większości powstających piosenek i płyt, ale rzadko komu udaje się o tych niekiedy bolesnych sprawach opowiedzieć w sposób tak poruszający i sugestywny. Dojrzała i niemal namacalna głębia emocjonalnego autentyzmu, jaka wypływa ze świetnie napisanych i zaśpiewanych piosenek oraz uniwersalność spostrzeżeń Maxwella kilka lat później pozwalają słuchaczom wciąż się z tym krążkiem utożsamiać.
— Michał Szyszko
Na kompilacji WE SHOW SOUL 2 znaleźli się młodzi twórcy z różnych zakątków globu (głównie USA, Australia i Wielka Brytania), którzy w niezwykle przekonujący sposób udowodnili, że soul i wszelkie jego – nawet najbardziej zmutowane – odmiany mają się bardzo, bardzo dobrze! Kompilacja, jest więc podróżą po muzycznej paraboli, która z każdym kolejnym utworem zahacza o coraz różnorodniejsze strefy wpływów. Z przebiegu tej ścieżki można by utkać, a w zasadzie ukuć, wiele barwnych terminów, tak by najtrafniej oddać klimat brzmienia zawartego w poszczególnych utworach. Po drodze usłyszymy wiec soul w kolaboracji z downtempo, jazzem, nowymi beatami, funkiem, indie-popem, elektroniką czy też r&b. Materiał zawiera ukłony w stronę klasyki (James Chatburn, Destani Wolf z pomocą Miguela Atwood-Fergusona czy też młodziutka Christina Malley), eksperymenty z elektronicznymi akcentami (Desta French, Vanessa Elisha, Two Another), ucieczkę w stronę radiowego popu (Daniel March) oraz stylistyczne fuzję, gdzie ciężko byłoby przyporządkować gatunkowo dany numer (Kossisko, NoMBe, Count Counsellor). Kompilacja jest zatem tak różnorodna, jak różnorodna jest muzyka w ogóle, dlatego wśród tych piętnastu kompozycji z pewnością można znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.












