Siła w zderzeniu
Muzyka sakralna wejdzie w kolizję z rozrywkową, rockowa sekcja napotka opór organów, a formuła popowej – bądź co bądź – piosenki zewrze się z Shakespeare’em, Ginsbergiem czy Claire Denis. 13 maja będzie miał premierę album „Clashes”, pierwszy longplay Moniki Brodki od blisko sześciu lat, pierwszy w pełni anglojęzyczny i pierwszy w całości napisany przez nią samą. Tego dnia fani artystki skonfrontują się ze swoimi oczekiwaniami, a ona z odbiorem zapisanych na krążku 12 obrazów samej siebie, siebie na powrót wymyślonej, siebie z gitarą wychodzącej z blasku re ektorów, siebie jeszcze bardziej chyba zgodnej ze sobą.
Ponad dwa lata temu spotkałem się z Moniką Brodką w jednej z saskich kawiarni, by napisać podobny wywiad z elementami opisu okoliczności i wtrętami impresjonistycznymi. Tego wieczoru po raz pierwszy miałem styczność z artystką płynącą jeszcze na opadających właśnie, ostatnich falach sztormu, jakim okazała się jej trzecia płyta, multiplatynowa „Granda” redefiniująca entourage i stylistykę, w obrębie której artystka się poruszała. I skłamałbym, pisząc, że oczarowała mnie wówczas swoją charyzmą i zaintrygowała bystrymi skojarzeniami. Była cicha i skupiona, po każdym pytaniu zawieszała na chwilę głos, po czym odpowiadała przemyślanym, konkretnym zdaniem, w którym nie znajdowałem nawet krzty emocji. Była nieufna i nie do końca chyba chętna rozmawiać. Udzielanie wywiadów to w końcu jeden z mniej sympatycznych obowiązków zawodowych. Kiedy więc pojawił się pomysł, żeby powtórzyć całą akcję przy okazji premiery „Clashes”, najpierw westchnąłem z rezygnacją, następnie przesłuchałem płytę, która – ku mojemu zaskoczeniu – zafascynowała mnie swoją dojrzałością, bezkompromisowością i indywidualizmem. A później urodziło mi się dziecko.
Jestem ojcem półtora dnia. Stoję niewyspany i zdezorientowany na rogu Poznańskiej i Wilczej. Słońce świeci, samochody z pieszymi mijają się „na żyletki”, wszyscy spieszą się do porannych obowiązków. Dopiero co zdążyliśmy zamienić kilka zapoznawczych zdań z Kubą Dąbrowskim, fotografem, kiedy po drugiej stronie rozkopanego skrzyżowania pojawia się ona w asyście managerki. Jej ligranowa postać przykuwa wzrok, nieco steampunkowe okulary przeciwsłoneczne obijają błękit nieba, a rękawy barwnego kimona powiewają, kiedy daje susa nad błotną fosą. I choć towarzystwo impresariatu – jak uczy mnie doświadczenie – nie zwiastuje nic dobrego, to ona sama uśmiecha się od pierwszych chwil. Nie pamiętam, żeby podczas naszego poprzedniego spotkania zrobiła to choć raz. Może tym razem rozmowa będzie się bardziej kleić, może wszystkie pytania, które nasunęły mi się po przesłuchaniu „Clashes”, okażą się bardziej inspirujące niż te sprzed dwóch lat. Wchodzimy do kawiarni zjeść śniadanie i napić się kawy. – Wszędzie pełno – stwierdza Monika nieco zrezygnowana po przemierzeniu całego lokalu zdecydowanym krokiem, sala po sali. Na końcu jest jednak nieczynny o tej porze dnia bar, przy którym siadamy, by zacząć rozmowę dokładnie w tym momencie, wktórym skończyliśmy poprzednią. Bo choć „Clashes” nie miało jeszcze wtedy tytułu, nie miało być wydane w całej Europie i nie istniało nawet w postaci wstępnie zarejestrowanego demo, to Brodka wspominała mi już, że na jej następnym krążku mogą pojawić się inspiracje obce większości muzyków, których dokonania określa się mianem popu. – Szczerze mówiąc, słucham teraz głównie klasyki i muzyki operowej, do czego chyba dojrzałam – opowiadała mi w lutym 2014 r. – Bardzo mnie to inspiruje. Podobnie jak muzyka sakralna. Fascynuję się od jakiegoś czasu organami kościelnymi i myślę, że na kolejnej mojej płycie będzie ich dużo.

foto: Kuba Dąbrowski
– Przypomina mi się film „Amadeusz” i scena, w której Mozart pisze requiem na zamówienie. Klasyczna kompozycja, utwór pogrzebowy i choć nie jest tradycyjną pieśnią religijną, to jest w nim jednocześnie coś bardzo bliskiego sacrum – z wyraźnym ożywieniem Brodka wspomina fragment klasycznego dzieła Miloša Formana, w którym wykonawca roli tytułowej, Tom Hulce, w delirium dyktuje przyjacielowi notację jednego ze swoich największych dzieł. – „Confutatis Maledicitis”, to ten utwór go tak naprawdę wykończył, przez niego wylądował w grobie i zawsze kiedy go słyszę, robi na mnie piorunujące wrażenie. To właśnie takie doświadczenia interesują mnie najbardziej w muzyce sakralnej, która bardzo często inspirowała mnie do pisania własnych utworów. Nie chcę przerabiać pieśni religijnych, choć to był pierwotny pomysł na ten album. Interesuje mnie pewna aura, która jest wokół tej muzyki, jej tajemniczość i mistycyzm. Jest w tym coś autentycznego, klasycznego i bardzo muzycznego, mało zwyrodniałego jak na dzisiejsze czasy. Bo dziś jest bardzo dużo muzyki, która zapomina zupełnie o… muzyce – stwierdza Monika, a to, co akurat leci w głośniczkach rozmieszczonych w kawiarni, najlepiej potwierdza prawdziwość jej słów. Kiedy więc śniadanie jest już zjedzone, kawa wypita, a muzyka ciągle nieinwazyjnie irytująca, możemy się przemieścić. Bo skoro spotkaliśmy się, by rozmawiać o rzeczach ważkich, a często i fundamentalnych dla przemiany, jaką przeszła artystka znana jako Brodka, nie ma co przez cały poranek ślęczeć za barem nad pustymi talerzami i kubkami. Idziemy dalej w Śródmieście, gadać będziemy po drodze.
Kilka dni wcześniej Monika wpadła na pomysł, że skoro tekst chcemy zilustrować zdjęciami zrobionymi podczas rozmowy, to może przejdziemy się szlakiem starych warszawskich kapliczek, ukrytych w studniach śródmiejskich kamienic. Takie reportażowe, nie studyjne fotografie miałyby wtedy coś wspólnego z tematem przewodnim jej płyty. Kuba Dąbrowski od razu podchwycił pomysł i już wcześniej poszedł na rekonesans, dzięki czemu teraz zmierzamy do konkretnej bramy na ulicy Koszykowej. Pierwszy, losowo wybrany numer domofonu okazuje się szczęśliwy i bez słowa wyjaśnienia przekradamy się na podwórko. Zaraz obok upatrzonej przez fotografa Maryjki trwają jednak prace remontowe; u stóp figury leżą worki z cementem, o postument opierają się łopaty, a nieopodal zrobił sobie fajrant jeden z robotników. – O, to nawet lepiej, niż jakby tu miało być tak pusto. Może pan zrobi sobie ze mną zdjęcie? – pyta go ucieszona sytuacją wokalistka, która z każdym kolejnym wydawnictwem stawiała coraz pewniejsze kroki na niwie pisania tekstów i komponowania muzyki. Ukoronowaniem tego jest album „Clashes”, na którym właściwie każdy aspekt powstawania piosenek zależał od niej. Rozgrywająca się przed nami scenka rodzajowa tymczasem idealnie pasuje do tytułu tej płyty – jak w średniowiecznej alegorii cielesność zderza się z duchowością, doczesność z absolutem, a praca ze świętowaniem. – Tytuł płyty odnosi się do bardzo wielu rzeczy, ale skoro pytasz o muzykę i o to, jak połączyć tę sakralną z rozrywkową, to właśnie tak – zderzyć je tak, żeby zazgrzytało. To, czy gitara będzie dobrze szła w parze z organami, zupełnie mnie nie interesowało. Ja wręcz chciałam, żeby szła źle – z wyraźnym ożywieniem Monika odpowiada na moje pytanie, zdejmując płaszcz, by w samym kimonie zacząć pozować do zdjęć. – Najbardziej interesowało mnie łączenie instrumentów, które pozornie do siebie nie pasują. Po okresie komponowania z gitarą poczułam, że nic mi za bardzo nie przychodzi do głowy ani nowego, ani świeżego. Wzięłam więc klawiaturę sterującą i zaczęłam pracować na samplach na komputerze. Wtedy powstały te mniej piosenkowe, bardziej odważne kompozycje – „Hamlet”, „Funeral”, „Haiti”. Przesłuchiwałam całą bibliotekę muzyczną programu i kiedy słyszałam coś, co wydawało mi się ciekawe, używałam tego, choć często były to dźwięki z zupełnie obcych sobie rejestrów. Korzystałam np. z wirtualnego instrumentu, plug-inu nazywającego się Omnisphere, który pozwala łączyć ze sobą dwa rzeczywiste instrumenty, tak że powstaje jeden nowy, nieistniejący. Można połączyć piłę z mandoliną i nagle mamy coś zupełnie szalonego. Nie ograniczało mnie żadne zyczne instrumentarium. Dzięki temu mogłam wyrwać się poza ten schemat – zwrotka-refren-zwrotka – w który bardzo łatwo wpaść, komponując na gitarze. Mogłam odpłynąć dalej.

foto: Kuba Dąbrowski
Migawka pstryka raz po raz, Kuba z Moniką szybko się dogadują, jak mają wyglądać kolejne kadry. Równocześnie rozmawiamy o różnicach między kapliczkami w różnych rejonach Polski. Widziała je, będąc w trasie. Trasy Brodki od dobrych kilku lat zahaczają również o zagranicę i choć na razie nie są to jeszcze wyprzedane do ostatniego miejsca wielkie sale koncertowe, to autorka anglojęzycznej EP-ki „LAX” zdaje sobie sprawę, że taka jest kolej rzeczy i kto wie, może po premierze „Clashes” coś w tej kwestii się zmieni. – Byłam i wciąż jestem gotowa grać poza Polską w niewielkich klubach, na słabszym sprzęcie i za mniejsze pieniądze; zaczynać od zera. Nawet powiedziałabym więcej: miałam i wciąż trochę mam taką potrzebę, bo nigdy nie przeszłam tego etapu w swojej karierze. Od razu wskoczyłam na dużą scenę i trochę mi tego brakowało – przyznaje artystka, której wszystkie ruchy promocyjne od czasów premiery „Grandy” dowodzą, że nie w głowie jej model przepracowywany przez większość reprezentantów krajowej estrady. – Przez ostatnie lata koncertowałam w bardzo różnych warunkach. W zasadzie występy showcase’owe, których zagrałam w tym czasie naprawdę sporo, to najgorszy sort koncertów: konkurencja jest ogromna, sceny są małe, a sprzęt zazwyczaj kiepski, gra się na czas i trzeba być nieźle wyszkolonym, żeby jak najszybciej się rozłożyć, zrobić soundcheck i zagrać świetnie. Poza tym to spory wydatek, który musisz pokryć z własnej kieszeni. Ale nie mogę narzekać, bo właśnie dzięki tym koncertom mam dziś kontrakt. Ktoś się o mnie dowiedział i chciał ze mną pracować. To, że tu w Polsce mam tę moją karierę i gram na wielkich scenach, równoważy się z tym, że za granicą dopiero zaczynam. Jednocześnie jest to nieco paradoksalne, bo mało jest takich przypadków na świecie. Ja już dobijam do trzydziestki, a zwykle to działa tak, że debiutant wydaje pierwszą płytę we własnym kraju w języku ojczystym, a druga jest już anglojęzyczna, ma 19 lat i zaczyna karierę. A ja mam tyle samo followersów na Instagramie co duże zagraniczne gwiazdy, tylko że wszyscy są z Polski, a na rynku zachodnim stawiam dopiero pierwsze kroki.
Myślę o tych krokach, kiedy kilkaset metrów dalej Monika skacze przez kałuże na podwórku, na które zerka dostojny pomnik Jezusa. Kuba robi kolejne zdjęcia, a ja się zastanawiam nad innymi tego typu przykładami, bo to prawda, że większość międzynarodowych karier, których bohaterami nie są Amerykanie czy Anglicy, przebiegała zupełnie inaczej. Ale jeśli potraktować „Grandę” jako swego rodzaju autorski debiut, to naturalną koleją rzeczy na „Clashes” Brodka idzie dalej – ponad podziałami, ponad granicami, ponad barierą językową. – Angielski na pewno pomógł mi w pisaniu tekstów, bo jest w nim dużo zamienników, słów, które lepiej wpisują się w konkretny kontekst. A podczas komponowania piosenek, kiedy pojawiała mi się w głowie melodia, zazwyczaj niosła już ze sobą jakiś tekst – zlepek wyrazów, które automatycznie przychodziły mi do głowy, taki strumień świadomości – wspomina Monika, kiedy wychodzimy z ciemnej kamienicznej studni z powrotem w blask słońca. – I bardzo dużo tematów na piosenki wzięło się właśnie z tych pierwszych impulsów. Wiele tam było już gotowych sformułowań, które zostały w tekstach, a ja zbudowałam wokół nich jakąś historię. Na początku, kiedy jeszcze byłam w Los Angeles, przez pierwszy miesiąc pracowałam nad wszystkim sama. Obłożyłam się książkami, których czytałam bardzo dużo, ale traktowałam je bardzo kolażowo, spisywałam sobie zdania – o, tu mam lukę, muszę coś znaleźć na tę linijkę. Są więc na tej płycie wyimki z Ginsberga, z autobiogra i Kim Gordon, z filmu Claire Denis. Tam jest bardzo dużo wątków poukrywanych i jeśli chodzi o warstwę liryczną dwóch ostatnich płyt, mogę powiedzieć, że powoli zaczynam budować swój styl. Myślę, że mają one wspól- ny wątek abstrakcji, takiego mojego Białoszewskiego, piosenki, w których wszystko jest wyłożone dosłownie, zazwyczaj lepiej działają – biorą słuchacza za mordę i on jest od razu w środku jakiejś historii – to mi taka forma nie pasuje. Nie jestem chyba życiową ekshibicjonistką i wolę zbudować opowieść, która niekoniecznie musi być z mojego życia.

foto: Kuba Dąbrowski
Fotograf chce przełamać konwencję i zrobić zdjęcie niedaleko, przy warzywniaku, żeby obok kadrów z kapliczkami dać jakiś jeden z życia. Brodka nie jest przekonana do tego pomysłu. Mówi, że zupełnie nie pasuje jej to ani do konwencji płyty, ani do tego, o czym gadamy. – Zdjęcia, jak wybieram marchewki, to mogą mi ewentualnie zrobić do jakiegoś lifestyle’owego pisma o zakupach, a nie jak tu rozmawiamy o poważnych sprawach – śmieje się, ale w końcu daje się przekonać, zaciekawiona tym, jak będzie wyglądać buda, którą upatrzył sobie fotograf. Mnie natomiast przypomina się, co jeszcze chwilę temu mówiła przy śniadaniu, kiedy zapytałem ją, czy zmieniło się też coś w niej samej, od kiedy się widzieliśmy ostatnim razem. – Na pewno mam w sobie więcej pewności. Różne wydarzenia pomagały mi ją budować, dużo dał mi pobyt w LA. Spotykałam się tam z naprawdę fajnymi ludźmi, których cenię muzycznie. Znam ich dokonania i mam je na półce. Kiedy puszczałam im swoją muzykę, czułam, że im się to po- doba. To dawało mi naprawdę ogromnego kopa. Tyle było we mnie wcześniej niepewności, tyle strachu, a tak naprawdę nie ma co się bać, tylko trzeba robić swoje – ze spokojem odpowiedziała mi przy kawiarnianym barze. – Najnowsza płyta na pewno jest efektem tych wszystkich lęków, jest zbudowana na takim lekkim strachu, bo nigdy nie siadałam do żadnej piosenki z myślą „ale jestem zajebista, teraz napiszę hit życia”. Potrzebowałam tego czasu, który upłynął od premiery „Grandy”, żeby pozostawić wywieraną na mnie presję gdzieś daleko z tyłu, żeby znowu móc podejść do tworzenia tej płyty tak jak do poprzedniej, kiedy nikt się tym nie interesował, nie dopytywał, kiedy coś wydam. „Clashes” tworzyłam kompletnie odcięta od wszystkiego. Robiłam najbardziej szalone rzeczy, jakie przychodziły mi do głowy, bo nie musiałam kalkulować, mogłam się po prostu otworzyć. I w tym momencie gram w otwarte karty, zrobiłam tę płytę sama – to mój impuls, moja myśl, która ze mnie wypłynęła, i albo się ona komuś podoba albo nie. Ta płyta jest bardzo, bardzo moja, bardzo autentyczna – przy- pominam sobie słowa Moniki. Po chwili słyszę: – Nie, to zupełnie się nie zgrywa. Co ma wspólnego ta szara buda z moim albumem?! To już wolę od tej pani tam kupić kwiatki, choć nie mam pojęcia, co później z nimi zrobię – decyduje Monika. – Kwiatki zawsze można położyć u stóp figury, jak to zwykle robią starsze panie, kiedy przychodzą się pomodlić do kapliczki – myślę sobie, ale mówię tylko: Monika, nie oddawaj, zawiozę je swoim dziewczynom na porodówkę. Jej fligranowa postać przykuwa wzrok na zabieganej ulicy, nieco steampunkowe w swoim sznycie okulary przeciwsłoneczne obijają błękit nieba, a rękawy barwnego kimona powiewają w powietrzu, kiedy wybiera pięć różnokolorowych tulipanów. Cieszę się, że się ponownie spotkaliśmy. Cieszę się, bo gdyby tak się nie stało, dalej bym myślał, że z Brodką wspólnych tematów nie mamy i może nawet nie sięgnąłbym po świetne „Clashes”. Cieszę się wreszcie, że znów ktoś mnie wyciągnął z moich przyzwyczajeń, pokonał stereotypy, którymi niekiedy myślę. Życie to przecież nieustanne zderzanie się z nimi.
Zdjęcia Kuba Dąbrowski
“Clashes”, ukaże się 13 maja. To czwarty album Moniki Brodki, ale pierwszy, który wydany zostanie w całej Europie.
Podczas Festiwalu Springbreak rozmawialiśmy z Moniką Brodką przed kamerą.

