Tych 8 artystów na pewno usłyszycie w nadchodzącym roku!

Nowe typy

Tradycyjnie podejmujemy się trudnego zadania i staramy wytypować artystów, o których na bank usłyszycie w nadchodzącym roku. Wytężamy uszy i z natłoku nowych dźwięków próbujemy wyłapać to, co ma szansę stać się hitem nadchodzących miesięcy. Australijscy ekscentrycy, południowoafrykański raper, polscy emotronicy? My wróżymy im piękny rok w sławie i chwale. Czy mieliśmy rację, przekonamy się już niedługo!

Anderson-Paak-Press-Photo

Anderson Paak

Miasto Oxnard na hiphopowej mapie świata pojawiło się wraz z dojściem do głosu najntisowej fali kalifornijskiego, undergroundowego rapu. Tacy muzycy jak Madlib, Oh No, DJ Babu czy Declaime, choć nie byli szczególnie wiernymi lokalnymi patriotami, uświadomili wszystkim miłośnikom bitów i rymów, że nie tylko LA i Bay Area mają na Zachodnim Wybrzeżu swoje indywidualne brzmienie. Wokalista, MC i producent noszący pseudonim Anderson Paak, znany z niedawnych krążków The Game’a czy Dr. Dre, jest reprezentantem pokolenia, które wyszło z domowych studiów, rozlokowanych zwykle w posiadłościach rodziców, by przejąć sceny światowych festiwali i pierwsze strony międzynarodowych portali lifestyle’owych. Pokolenia, które bardziej niż z jakimkolwiek gatunkiem utożsamia się z pewną stylistyką i warsztatem pracy; pokolenia, które tchnęło powiew świeżości w muzykę miejską nowego milenium. Od kiedy niespełna 30-letni reprezentant Oxnard stracił pracę na plantacji marihuany, nagrywa kolejne single, EP-ki, albumy i gościnne zwrotki przy wsparciu takich postaci jak Shafiq Husayn, DJ Premier czy wspomniany już Madlib. Mający się ukazać jeszcze przed końcem tego roku krążek „Malibu” wydaje się swoistą kropką nad „i” dotychczasowej kariery Andersona – ostateczny transfer do pierwszej ligi, w której nie będzie już potrzebował protekcji bardziej znanych kolegów, a trawkę będzie mógł już tylko jarać, a nie podlewać czy nawozić. [fika]


Nao

NAO

Nie za bardzo mi pod drodze ani ze współczesnymi vegan-joga-fairtrade-hipisami, ani z „płacącymi, więc wymagającymi”, materialistycznymi neokolonialistami, więc większość czasu w Indiach spędzałem z autochtonami. Właściwie jedynym nie-Hindusem, z którym wciąż mam kontakt, jest Anglik, z którym bite dwa dni zwiedzaliśmy świątynie Hampi, paliliśmy bidi i gadaliśmy o dubie. Gdy zeszło na muzykę, Daniel powiedział mi, że jego dziewczyna właśnie podpisała kontrakt z dużą wytwórnią. Zanim jednak zacząłem swoją tyradę o szkodliwości wielkich wytwórni i o tym, kto zwykle trafia pod ich skrzydła, uśmiechnięty Brytol wspomniał, że NAO – bo pod takim pseudonimem występuje jego luba – nagrywa z Mura Masą, Jai Paulem, Kwesem i Disclosure. Zestaw ten zaintrygował mnie na tyle, że czym prędzej sprawdziłem nagrania młodej mieszkanki Wysp, której chłopak okazał się tak sympatycznym i bezpretensjonalnym towarzyszem podróży. Obie dotychczasowe EP-ki artystki „So Good” i „February 15” w ciekawy sposób przemykają pomiędzy aktualnymi trendami – są bardziej soulowe niż nagrania FKA Twigs, a jednocześnie dużo bardziej futurystyczne niż przeważająca większość neo soulu. Przesiąknięte są kwaśnym, elektronicznym funkiem, a jednocześnie bywają bardzo chwytliwe. Czy wszystkie te cechy uda jej się zachować na długogrającym debiucie, który ma się ukazać w  2016 r., czas pokaże. Byle tylko nie dała się zmielić trybom wszechmocnej fonograficznej machiny, która kasę stawia nad talent, a mody nad styl. Czego i NAO, i Danielowi, i sobie życzę z całego serca. [fika]


jaaa

JAAA

Sadki Records nie jest zbyt wielką ani doświadczoną wytwórnią i nie ma niestety sił przerobowych majorsa. I tylko z tego powodu opisywana przeze mnie w zeszłym miesiącu debiutancka płyta zespołu JAAA nie ma jeszcze tysięcy fanów, a międzymiastowe trio, w skład którego wchodzą Marek Karolczyk, Kamil Pater i Miron Grzekorkiewicz, nie spędza ostatnich tygodni w trasie. Na „Remiku” grupa znalazła równowagę między elektronicznym wygarem a indierockową nastrojowością, między tanecznością a wrażliwością oraz między przystępnością a eksperymentem. To predysponuje ją do tego, by wyrwać się z niezależnego getta i werbować słuchaczy nie tylko pośród miłośników Napszykłat, Contemporary Noise i How How, z którymi to projektami muzycy byli wcześniej kojarzeni. W emotronicznych piosenkach tercetu mogą też się zasłuchiwać adoratorzy Radiohead czy Moderat. Nadszedł najwyższy czas, żeby wszystkie te, niezliczone, synthpopowe projekty, które znamy z radia, wreszcie były obecne pod festiwalowymi namiotami i na zbyt głośno rozkręconych słuchawkach mijanych na mieście osób. [fika]


KirinJCallinan

Kirin J Callinan

Antypody to w tej chwili najprężniej działająca fabryka ekscentryków współczesnego popu. Koronne przykłady to Kevin Parker z Tame Impala, Ruban Nielson z Unknown Mortal Orchestra oraz obdarzony głosem wiewiórki Connan Mockasin. Tę galerię ma szansę uzupełnić Kirin J Callinan. Dwa lata temu Australijczyk wydał nakładem wytwórni XL debiutancki, zupełnie przeoczony album „Embracism”. Posiadacz jednej z najdziwniejszych fryzur w biznesie połączył tak odległe gatunki jak rock industrialny i zakorzenione w latach 80. balladziarstwo. Jako jego głównych patronów można wymienić Davida Bowiego i Nicka Cave’a. Encyklopedyczna wiedza na temat historii muzyki jest jednak tylko trampoliną dla charyzmy Kirina, czego najlepszym dowodem jest wydany przed kilkoma tygodniami singiel „The Teacher” (z gościnnym udziałem wymienionego już Connana Mockasina). Ubrana w sophisti-popowe fatałaszki pokraczna opowieść o miłość do szkolnego nauczyciela wywoła rumieńce nawet u największych libertynów. To tylko zapowiedź płyty australijskiego gagatka, ale już teraz możemy uznać Callinana zai godnego konkurenta Ariela Pinka i innych gwiazd przekwaszonego songwritingu. [croz]


tiggs

Tiggs Da Author

Pochodzący z Tanzanii Tiggs w zeszłym roku zachwycił Brytyjczyków swoim pierwszym przebojem „Georgia”. Gdyby ten kawałek nagrał ktoś ciut bardziej znany, słyszelibyście go tyle razy, że na sto procent mielibyście go już od dawna dosyć. Numer będzie zapewne jednym z motorów napędowych debiutanckiego krążka Tiggsa, który w 2016 r. ma ukazać się w barwach Sony. Muzyk od kilku lat eksperymentuje z jazzem, hip-hopem i soulem. Chwilami brzmi jak Leon Bridges z elektronicznymi podkładami, chwilami jak weselszy Willis Earl Beal. Miejmy nadzieję, że z tej mieszanki wyjdzie coś więcej niż jeden odświeżony przebój i kilka wciśniętych przez wytwórnię wypełniaczy. [mk]

Ash Koosha

Ash Koosha

Pochodzący z Teheranu Ashkan Kooshanejad to postać o życiorysie pełnym turbulencji. Współtworzony przez niego duet Take It Easy Hospital pojawił się fabularyzowanego dokumentu uwieczniającego niezależną scenę muzyczną tkwiącego w cieniu dyktatury Iranu. Sukces filmu poza granicami kraju przypieczętował jednak status Asha jako politycznego rozbitka, który został zmuszony do szukania azylu. Muzyk znalazł schronienie w tętniącym życiem Londynie i pięć lat po otrzymaniu statusu uchodźcy wrócił do muzyki za sprawą debiutanckiej solowej płyty. „GUUD „to syntetyzująca dorobek Flying Lotusa i Arci glitch-hopowa epopeja, której motywem przewodnim jest samotność. Mimo przytoczonych referencji Koosha wypracował swoje własne, wypełnione tęsknotą za Orientem brzmienie. Czekając na następne produkcje, będziemy pewnie świadkami szaleńczego wyścigu letnich festiwali o umieszczenie Asha w line-upach. [croz]


Gum

Gum

Jego debiutancki album „Delorean Highway” zachwycił fanów garażowej psychodelii, którzy liczyli na to, że w obozie Tame Impala mogą powstać też bardziej surowe dźwięki. Na swoim drugim albumie perkusista słynnej australijskiej formacji postanowił odlecieć jeszcze dalej niż wehikuł Doca i Marty’ego. Zrezygnował z gitar, piski zastąpił przyjemnymi bitami, a całość materiału zaaranżował tak, że nie ma opcji, żeby to nie chwyciło. Przebojowość znana z debiutu nie poszła na szczęście w kąt wraz z rockowym instrumentarium. Pozostała też kosmiczna przestrzeń, która powinna idealnie wypełnić klubowe parkiety w tym sezonie. [mk]


Riky

Riky Rick

Południowoafrykański raper zdecydowanie wyróżnia się na kontynentalnej scenie. W przeciwieństwie do kolegów z sąsiednich krajów nie neguje afrykańskiej biedy i nie sili się w każdej chwili na karykaturalną swaggerkę w stylu West Coast. Z drugiej strony nie jest też królem niezalu, co może mu pomóc w dotarciu do publiki, która coraz odważniej poszukuje afrykańskich zajawek muzycznych. Tym bardziej że Rick nie odcina się od tradycji, a w jego utworach słychać spuściznę np. Mbaquangi. Jego debiutancki album z 2015 r. „Family Values” odniósł spory sukces w kraju i na kontynencie. Złota płyta i nagroda MTV Africa Music Award 2015 dla najlepszego (i faktycznie całkiem fajnego) klipu rozbudziły ambicje wydawcy, wiec może teraz pora na Europę? [mk]

Tekst: Filip Kalinowski, Cyryl Rozwadowski, Michał Kropiński

4 komentarze

Dodaj komentarz