Okulary w czarnych oprawkach, sztruksowe spodnie, lekko wyciągnięty sweterek, a w poniedziałki do kompletu klarnet, na którym grywa w nowojorskiej restauracji. Te wszystkie atrybuty tworzą obraz jedynego w swoim rodzaju reżysera, Woody’ego Allena. Co roku najsłynniejszy nowojorczyk i neurotyk serwuje nam nowy, choć jak twierdzą złośliwi, wciąż ten sam film. Zmieniają się tylko aktorzy, ale też nie zawsze, i miejsca. Jak powiedział w jednym z wywiadów, robienie filmów jest dla niego rodzajem terapii. Niektórzy oglądają filmy Allena przez sentyment, inni są zwolennikami wyłącznie jego starszych produkcji. Ja osobiście z łezką w oku wspominam jego pierwsze filmy, ale doceniam też te nowsze i każdego roku wyczekuję, co też mistrz Allen wyczaruje na ekranie. Obecnie pracuje nad filmem, do którego zdjęcia rozpoczęły się w lipcu. Nowy projekt nie ma jeszcze tytułu, ale już wiadomo, że na ekranie zobaczymy m.in. Joaquina Phoenixa, Parker Posey i ostatnią muzę Allena, Emmę Stone. A czy wy lubicie filmy Woody’ego Allena? Jakie są wasze ulubione tytuły, a jakie uważacie za mniej udane? Poniżej przedstawiamy wam naszą urodzinową topkę poświęconą twórczości reżysera.
„Manhattan” to film, który sprawił, że Allen stał się jednym z moich ulubionych reżyserów, a ja pokochałam Nowy Jork. C’est le cliché, ale nikt tak nie sportretował i nie ukochał sobie Nowego jak właśnie Allen. Poniżej scena otwierająca film z niezapomnianym monologiem głównego bohatera Isaaca Davisa, w którego rolę wcielił się nie kto inny jak sam Allen. Po tym filmie Diane Keaton rozstała się z nim, a Meryl Streep powiedziała, że już nigdy nie chce z nim współpracować. Sam reżyser nie był zadowolony z filmu i podobno zaproponował wytwórni, że następny zrobi za darmo byle tylko ten nie wszedł do dystrybucji.
“O północy w Paryżu” wprawił mnie w tak błogi nastrój, że po wyjściu z kina, marzyłam, żeby podjechała po mnie taksówka i zabrała na spotkanie z Picassem, Dalim czy Hemingwayem. Po europejskich wojażach Allen odwiedza urokliwy Paryż, a głównym bohaterem swojej opowieści czyni pisarza, Gila, który przenosi się do Paryża lat 20. Obcuje z paryską bohemą, zakochuje się i przewartościowuje swoje życie. Jednym z marzeń Allena jest zrealizowanie całego filmu w deszczu i najlepiej w Paryżu, gdzie chciałby się przeprowadzić. To realizatorskie pragnienie w niewielkim stopniu spełnia się pod koniec filmu.
O “Słodkim draniu” przypomniał mi Suger man, którego historia też nie była oczywista. Na początku zastanawiałam się czy to postać realna, czy fikcyjna? Umiejąca grać i śpiewać czy nie? Wszyscy o nim mówili, ale nikt tak naprawdę nic nie wiedział. W Słodkim… tytułowego drania gra idealnie pasujący do tej roli Sean Penn. Zmaga się on z życiem, trochę to życie przegrywa, kiedy się nudzi, to strzela do szczurów, a wieczorami, w klubie z przyjemnością gra na gitarze. Historię jego życia poznajemy przez szereg retrospekcji. Głowną rolę kobiecą gra Samantha Morton, która w filmie nie odzywa się ani razu.
La di da, la di da. Jaki jest przepis na udany związek? Tego nie wie nikt. Na pewno specjalistą w tej dziedzinie nie jest główny bohater filmu Alvy Singer i tytułowa Annie Hall. Poznają się, grając w tenisa, zakochują w sobie, uczą się od siebie życia, inspirują i w końcu rozstają. To słodko-gorzka historia burzliwego związku, film, który jest uważany za przełomowy w karierze Allena. Był też dla niego impulsem do przemiany tematycznej jego filmów. Jak sam mówił, od tamtej pory przestał błaznować i odważył się podejmować poważniejsze tematy. Ciekawostką jest, że na początku nazwa filmu brzmiała “Anhedonia” zamiast “Annie Hall”.

