TOP 10 filmów na AFF. Część 2

MA

reż. Celia Rowlson-Hall

Eksperymentalny, surrealistyczny film inspirowany historią biblijną. W „MA” debiutująca jako reżyserka Celia Rowlson-Hall opowiada o narodzinach zbawiciela z perspektywy Matki Boskiej. Co więcej, przenosi ją do współczesnej Ameryki – okutana w chustę, milcząca kobieta przemierza pustynny krajobraz, nocuje w motelach, w których z kranów sypie się piach, jej drogę znaczą kolejne cuda. Celem wędrówki jest Las Vegas – w mieście grzechu, straconych fortun i chałtur Celine Dion najwyraźniej brakuje już tylko postmodernistycznego Jezusa. Reżyserka zrezygnowała z dialogów, położyła nacisk na obraz, każąc bohaterom porozumiewać się jedynie za pomocą języka tańca nowoczesnego. Brzmi jak kara za niepodejście do bierzmowania, ale film Rowlson-Hall, cenionej choreografki współpracującej m.in. z Leną Dunham i MGMT, jest jednym z najbardziej oryginalnych i szeroko komentowanych debiutów ostatniego roku. Coś dla fanów filmowych zagadek.

 

Królowa ziemi

reż. Alex Ross Perry

Amerykanka na skraju załamania nerwowego. Katherine, której nie odstępuje rozedrgana, wręcz napastliwa kamera, ostatnio nie wiedzie się najlepiej. Właśnie opuścił ją chłopak, wciąż też nie pogodziła się z odejściem ojca – cenionego malarza, który popełnił samobójstwo. Wraz ze swoją przyjaciółką Virginią ucieka przed światem do domku na prowincji. Ale rzeczywistość zmusi królową do zejścia na ziemię – wakacje zamienią się w sesję rozdrapywania ran, wzajemnych pretensji i szukania winnych. W rękach mniej wprawnego reżysera niż Alex Ross Perry mogłaby z tego materiału powstać wrzaskliwa telenowela, ale twórca świetnego „Do ciebie, Philipie” wie, jak inteligentnie manipulować emocjami. Nie wstydzi się przy tym swojego zamiłowania do kina lat 70. O ile jego poprzedni film był stylową wariacją na temat Allenowskich komedii o intelektualistach z Nowego Jorku, o tyle „Królowa ziemi” czerpie wiele z ducha jego poważniejszych filmów takich jak „Wnętrza”. Żyjąca w cieniu mężczyzn Katherine mogłaby też stanąć u boku „kobiet pod presją” Johna Cassavetesa. Z tym ostatnim Perry’ego łączy ponadto nerwowy, szorstki styl. Mimo inspiracji reżyser nie przestaje być jednym z bardziej oryginalnych głosów w kinie niezależnym za oceanem.

 

Yosemite

reż. Gabrielle Demeestere

1800340_677785722287802_1979516198_n

American Film Festival nie może się obyć bez choćby skromnego udziału Jamesa Franco. Tytana facebookowych selfie tym razem zobaczymy w nostalgicznej pocztówce z lat 80. „Yosemite”, opartej na młodzieńczych opowiadaniach aktora historii dorastania chłopców z amerykańskich przedmieść. Franco wciela się w postać ojca Chrisa i Alexa, niepijącego alkoholika, który próbuje odbudować relację z synami. Wszyscy trzej wybierają się do tytułowego parku, gdzie według telewizyjnych doniesień grasują pumy. Tak jak Gia Coppola w zeszłorocznym „Palo Alto” (również inspirowanym twórczością James) Demeestere nie goni za fabularnymi atrakcjami, śledzi codzienność, wychodząc z założenia, że osobowość kształtują często wydarzenia najbardziej prozaiczne i niepozorne. Z wyczuciem ukazuje przy tym granicę, która dzieli dziecięcą wolność od samotności. „Yosemite” to także podróż sentymentalna do czasów, gdy swoboda dzieciaków nie była ograniczana smartfonami i ogrodzeniami strzeżonych osiedli.

 

Droga przez Teksas

reż. David Gordon Green

Green, który na American Film Festivalu doczekał się miniretrospektywy, to specjalista od budzących sympatię filmowych dziwaków i aktorskich reanimacji. Pomagał już Alowi Pacino w znanym z naszych kin „Manglehorn”, a w „Joe” przypomniał światu o tym, że Nicolas Cage ma talent nie tylko do autopastiszu. Tym razem reżyser sięgnął jednak po mniej znanych aktorów i cudzy scenariusz. „Droga przez Teksas” to remake islandzkiego filmu o dwóch skazanych na siebie facetach, którzy malują pasy na zniszczonej przez pożar jezdni. Podróż przez monotonny krajobraz pustkowia, starcie dwóch odmiennych charakterów generujące kolejne żarty, humor i morał – Green gładko wpisuje się w konwencję amerykańskiego road movie. Na tle podobnych produkcji film wyróżnia się jednak świetnym aktorskim tandemem – Paul Rudd z wąsem rasowego hydraulika i nerdowski Emile Hirsch – i równowagą między elementami komediowymi a tonem dramatycznym. Nic, tylko wstąpić do zarządu dróg miejskich.

 

Parias

reż. Dee Rees

W tym roku sekcja tematyczna AFF-u poświęcona jest czarnoskórym reżyserkom. Wśród filmów m.in. rzadko pojawiające się na ekranach „Córy pyłu” z 1991 r. – dramat Julie Dash o ostatnim pokoleniu niewolników to pierwszy nakręcony przez Afroamerykankę film, który dostał się do dystrybucji w Stanach. Spośród nowszych tytułów warto zwrócić uwagę na „Pariasa” Dee Rees. Odkrycie festiwalu Sundance z 2011 r. to surowa historia 17-letniej Alike z Brooklynu, próbującej pogodzić się ze swoją homoseksualną orientacją. Nosi się po męsku – w bejsbolówce i bluzie z kapturem szwenda się po klubach wraz ze swoją kumpelą, lesbijką Laurą. Na zrozumienie nie może liczyć ze strony najbliższej osoby. Matka wyrzuca jej ubrania i każe nosić się bardziej kobieco. Na domiar złego znajduje jej nową przyjaciółkę z lokalnego kościoła. „Parias” to zarazem odważne i subtelne studium wyobcowania, zgłębiające krętą drogę do akceptacji własnego nieidealnego ciała i nieheteronormatywnej tożsamości.

 

The End of the Tour

reż. James Ponsoldt

Pisarze nie są najbardziej wdzięcznym tematem dla filmowców. Schemat dobrze znamy – albo piszą i zatruwają życie otoczeniu, albo nie piszą i zatruwają życie otoczeniu. Jeszcze mniejszy potencjał kinowy mają wywiady prasowe z pisarzami, zwłaszcza tymi, którzy chcą przekazać światu coś naprawdę ważnego. Takie właśnie spotkanie posłużyło Jamesowi Ponsoldtowi do stworzenia intrygującego filmu nie tylko o mękach pisania. To portret Davida Fostera Wallace’a – guru amerykańskiej literatury postmodernistycznej – który w 1996 r. nieopatrznie wpuścił pod swój dach dziennikarza „The Rolling Stone” Davida Lipskiego i spędził z nim kolejnych pięć dni. Wywiad nigdy się nie ukazał, Lipski opublikował go w formie książki dopiero po samobójczej śmierci Wallace’a w 2011 r. Ponsoldt uczynił z tej historii zaskakująco lekką potyczkę charakterów, postaw i wizji światów w konwencji buddy movie. Z Jesse’em Eisenbergiem, czującym się jak ryba w wodzie w roli rozgadanego pismaka, i Jasenem Segelem z nieodłączną bandaną na głowie.

Dodaj komentarz