Mistrz NBA

Bycie dziennikarzem ma swoje złe strony. Wbrew pozorom świadomość tego, że dostaje się pieniądze
za wystukiwanie literek na klawiaturze komputera nie jest aż takim powodem do dumy (nie jest też tym, na czym polega praca dziennikarza – przyp. red.).

Gdybym był budowniczym, byłbym o wiele bardziej dumny. Albo zegarmistrzem. Gdybym umiał coś faktycznie stworzyć, a nie tylko klikać i klikać. Są jednak takie dni, gdy moja robota okazuje się najlepszą na świecie, a ja chodzę po znajomych i się chwalę. Taki dzień zdarzył się pod koniec września, gdy wsiadłem w samolot do Madrytu, aby pograć trochę w #NBA2k14. I to pograć w nie byle jakim towarzystwie, bo obok mnie stali mistrzowie Europy, medaliści olimpijscy i zwycięzcy Euroligi. Wszyscy spotkaliśmy się w stolicy Hiszpanii z okazji przedpremierowego pokazu nowej edycji gry. Na początku pokazu (który odbył się drugiego dnia wycieczki, gdyż pierwszy poświęcony był #tapas i whisky) stanąłem ramię w ramię z Shawnem Jamesem. Koszykarz do gry wybrał swój klub #MaccabiTelAviv, ja (w związku z tym, że niedaleko nas stał mój idol #JuanCarlosNavarro) wybrałem Barcelonę, dzięki której w krótkiej rozgrywce zniszczyłem Shawna. Niestety nie udało mi się ani razu zadunkować, ani tym bardziej go zablokować, ale marzenie o tym, że wygrywam z gwiazdami koszykówki, właśnie stawało się faktem. Gdy Shawn odszedł od #PS3, dołączyła do mnie grupa dziennikarzy, ale to nie z nimi chciałem zagrać. Kolejną moją ofiarą miał być #ViktorKhryapa – legenda europejskiej koszykówki i kapitan #CSKA Moskwa. On oczywiście wybrał swoją drużynę, ja ponownie zdecydowałem się na Barcelonę. Tym razem z pobudek patriotycznych: chciałem pokonać komputerowego Viktora Khryapę jako komputerowy Maciej Lampe. Zaczęło się dobrze, dwie szybkie kontry po stratach Viktora i prowadziłem 4:0. Potem już było gorzej, zbyt dużo presji wywarłem na cyfrowym reprezentancie Polski, przez co musiałem nadganiać. Wreszcie przyszła ostatnia akcja. Viktor zaczął wchodzić pod kosz, do końca meczu pozostały trzy sekundy, a ja miałem tylko jeden punkt przewagi. Viktor rozpoczął dwutakt, a ja czułem, że to chwila Maćka. Maciek wyskoczył wysoko w powietrze, widziałem, jak jego ręka dotyka piłki, z ekscytacji o mało nie krzyknąłem z radości – dzięki Bogu, bo sekundę później piłka rzucona przez Khryapę odbiła się od obręczy i wpadła do kosza, sędzia odgwizdał faul Maćka, a ja, zawstydzony, zwiesiłem głowę. Ale to bez znaczenia, gdy wszyscy już zapomną o tej historii, ja lekko ją zmienię. Za dwa lata będę mówił, że nie trafił, za cztery, że go zablokowałem. Za dziesięć będę wszystkich przekonywał, że to był mecz jeden na jednego i prawie zdobyłem punkt, a za 20 opowiem o tym, jak to rozjechałem jednego z najlepszych koszykarzy w Europie 11:0. Dziennikarstwo czasami jest super…

Dodaj komentarz

-->