W okolicy placów #Piłsudskiego i #Teatralnego robi się coraz tłoczniej: wiecznie modny #Platinium, weteran Cini, rozkręcona Opera, nowy Confashion i jeszcze kilku mniejszych graczy. Plotki o nowym lokalu, który ma przyćmić Platinium, krążyły po mieście od zeszłego roku. The Eve działa od końca lutego i od razu mówię, że mi się podoba. Luksusowe wnętrza, bramkarz – selekjoner, drogie drinki i wystylizowane towarzystwo może nie wszystkim przypadną do gustu, ale Warszawa potrzebuje takich miejsc, jeżeli chce pretendować do miana stolicy Europy Środkowo-Wschodniej. Po wejściu do The Eve od razu widać, że właściciel nie oszczędzał na wystroju. Oczywiście można mieć pokaźny budżet i mimo to urządzić lokal bez gustu, ale w tym przypadku wszystko gra – wnętrza nie są nachalne i zapadają w pamięci (punkt za duży środkowy bar). Nikt nadmiernie się tu nie lansuje, nie oznacza to jednak, że T-shirt i trampki stanowią obowiązujący dress-code. Włóżcie coś ciemnego i ładnie się uśmiechajcie. Do The Eve wpadliśmy około północy w piątek, ale w środku bawiło się tylko kilku niezdecydowanych tancerzy. Dopiero w sobotę trafiliśmy na imprezę z prawdziwego zdarzenia. Może to zasługa muzyki – zawsze dobrze sprawdzającej się mieszkanki oldschoolowych piosenek (nie mylić ze złotymi przebojami!), house’u i sporadycznie jakiegoś aktualnego przeboju. W każdym razie nikt z nas z nudów nie spoglądał na zegarek. I oby tak dalej.
The Eve
Warszawa
