Co jak co, ale #Muranów raczej nie pretenduje do miana ładnej i fajnej dzielnicy. Nie znalazł się w naszym subiektywnym rankingu najbardziej pożądanych warszawskich lokalizacji i chyba nieprędko się tam znajdzie. Największą zaletą Muranowa – oczywiście poza samą lokalizacją – pozostaje kino o tej samej nazwie. No i kiedyś ma tu powstać ciekawe muzeum, ale data otwarcia ciągle się przesuwa. Dlatego każda nowa miejscówka w tej części miasta szczególnie cieszy waszych nieco marudnych przewodników po stołecznej gastronomii. Na wstępie należy powiedzieć, że #PrzystanekMuranów znajduje się w sympatycznej kamienicy o wyglądzie pałacyku (czyli #Muranów nie tylko szarymi soc-blokami stoi!), w miejscu dawnej pierogarni. Co prawda pierogi wciąż są w menu, ale znajdziemy w nim też inne smaczne dania. W środku duże wrażenie robi przede wszystkim wysoki sufit, a także dobre czarno-białe fotografie, proste meble, przytulne wnęki i duże okna z widokiem na zielony skwer. Choć wciąż byliśmy w centrum, to nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że czas jakby się zatrzymał. Może dlatego czekaliśmy prawie godzinę na nasze zamówienie. Na szczęście kucharz dał z siebie wszystko, a trzeba przyznać, że zadanie miał przed sobą niełatwe.
Nasza biedna foto jest bowiem na specjalnej diecie i już na wstępie oznajmiła: „Mogę jeść wszystkie warzywa oprócz pomidorów i papryki, ale tylko poddane obróbce termicznej. Jem cielęcinę, indyka i ryby słodkowodne, ale bez głowy! Żadnych owoców, chyba że jabłka, ale duszone albo pieczone. Bez glutenu, bez cytryny, bez mleka, może być pełne masło. Jeśli ser, to tylko kozi. Woda bez gazu, bez cytryny, bez lodu”. Kelner przekazał powyższe kucharzowi, który wskazał w menu odpowiednią pozycję – pstrąga z warzywami. Mnie żadne tego typu ograniczenia nie dotyczyły, zamówiłem więc marynowaną fetę z cukinią i udka z kurczaka pieczone w miodzie, podawane z gotowaną kukurydzą i (pysznymi) frytkami. #PrzystanekMuranów specjalizuje się w szeroko pojętej kuchni europejskiej ze średnimi warszawskimi cenami (ani tanio, ani drogo), mimo to w karcie znaleźliśmy też akcenty meksykańskie, m.in. nachosy z dipami i tortillę. Do tego słynny amerykański club sandwich. Do szczęścia nie potrzebowaliśmy niczego więcej.
tekst: Mladen Petrov
foto: Anna Ciszewska
