Zaczyna się bardzo niepozornie. Przed wejściem nie ma żadnego oznaczenia, że właśnie w tym miejscu znajduje się #AndyClub. Dobrze zbudowani, elegancko ubrani mężczyźni stojący u wrót rozwieli jednak nasze wątpliwości. Na schodach czuć, że remont jeszcze trwa i nie wszystkie prace zostały zakończone. Mimo to sala główna robi wrażenie – w pomieszczeniu może prawdopodobnie zmieścić się około tysiąca osób. Szkieletowa konstrukcja sceny idealnie pasuje do minimalistycznego wystroju całego wnętrza. Na ścianach zawieszono repliki słynnych prac Andy’ego Warhola. Usiąść można na aluminiowych, niezbyt wygodnych krzesełkach, co bystrzejszy załapie się na jedną z kilku kanap w kształcie ponętnych, czerwonych ust. Klub stawia przede wszystkim na muzykę na żywo, więc bywalcy będą raczej potrzebować swoich tyłków nie do siedzenia, a do tego, by na nich lądować podczas gorącego pogo. Na klubowej scenie zobaczycie przedstawicieli wszelkich gatunków muzycznych, od postindustrialnego hardcore punka z Zachodniego Wybrzeża, przez katolicki death metal lat 80. rodem z Torunia, aż po melodyjny, nowofalowy greenpeace rock. Miejmy tylko nadzieję, że właściciele klubu w najbliższym czasie poprawią akustykę sali, a barmani nabiorą trochę wprawy. #Łódź tu się na pewno zabuja do niejednego tańca.
Andy Club
Łódź
