Wydany trzy lata temu doskonały album #TheEnglishRiviera wywindował #Metronomy na zaskakujący poziom popularności.
Lato 2011 (rany, ile to już minęło!) upłynęło nam na nuceniu #TheBay i #TheLook, a zespół uwolnił się wreszcie od łatki epigonów #HotChip i cieszył pierwszą nominacją do prestiżowej Mercury Prize. „Love Letters” to, począwszy od okładki, album pozbawiony przepychu poprzednika. Różnica jest tak kolosalna, że w pierwszej chwili mamy wrażenie, że to jedynie demo, szkice piosenek. Jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem ten zwrot ku prostocie zyskuje specyficzny urok. Wprawdzie gdy dochodzimy do maniakalnie powtarzanej frazy w „I’m Aquarius”, miałem wrażenie, że zacięła mi się płyta, to za którymś razem doceniłem specyficzny trans i urocze zaśpiewy „Shoop-doop-doop-a”. Ciepła elektronika pełni tym razem funkcję drugoplanową, a pierwsze skrzypce gra funk, soul czy też brzmienia kojarzące się z Motown. Grupa z Devon gładko przeszła od klimatów lat 80., tak wyraźnych przecież na „Rivierze”, do lat 70. z tandetnymi dźwiękami syntezatorów (instrumentalny „Boy Racers” to najlepszy fragment albumu). Minimalizm to słowo klucz, które definiuje zawartość „Love Letters”. Przez dłuższe chwile zostajemy tylko z wokalem Josepha Mounta, sennie zawodzącego na tle fałszujących klawiszy, jak ze złego snu antyfana new romantic. Tą płytą Metronomy potwierdza mocarstwowe ambicje i szerokie horyzonty. Brak oczywistych przebojów (od biedy za taki może uchodzić „Reservoir”) nie wpływa na odbiór całości, która początkowo wchodzi niczym ciepła wódka, ale z każdym kolejnym kieliszkiem jest coraz weselej.
#Metronomy
#LoveLetters
#WarnerMusic
Jeśli chcesz zdobyć jedną z pięciu płyt #metronomy napisz do nas maila i odpowiedz na pytanie: Dlaczego to właśnie ty powinieneś dostać płytę?

