Miało być tak pięknie. Recenzja najnowszego “Thiefa”

Gdy dostałem w końcu pełną wersję „Thiefa”, rzuciłem się na niego jak heroinista na kolejną działkę.

Tuż przed oficjalnym powrotem Garretta przypomniałem sobie najpierw, dlaczego tak bardzo lubię #Dishonored (następce „Złodzieja” w świecie gier) i byłem gotów, aby ponownie przywitać na tronie władcę, który rządził stealthem przez wiele lat. Niestety to, co podczas pokazów gry zapowiadało się świetnie, w ostateczności okazało się strasznie nudne. #Thief to gra, którą mogę ocenić krótko: „jest ok”. Wcielamy się we wcześniej wspomnianego Garretta – króla złodziei – który po rocznej śpiączce budzi się w swoim owładniętym nieznaną zarazą mieście, w którym niepodzielne rządy sprawuje żądna krwi straż miejska. Ostatnie, co pamięta, to próba wykonania zlecenia, które oczywiście nie kończy się dla niego najlepiej. Tak więc historia nie urywa dupy, po prostu powtarza motywy doskonale znane z tego typu gier (zaraza, zły władca, źli podwładni i biedni ludzie). W dodatku sam #Garrett w najnowszej odsłonie „Thiefa” jest postacią bez wyrazu, nie wiem, czy go lubię, czy nie, i nie potrafię nawiązać z nim więzi, jaka powinna się wytworzyć między postacią a graczem. Tutaj jest po prostu narzędziem, z którego trzeba korzystać, aby popychać rozgrywkę. I niestety cała gra jest taka, jak jej bohater. Wszystko niby fajne, ale miałkie. Większość misji jest wtórna i tylko pojedyncze momenty podnoszą ciśnienie (psychiatryk!). Nawet miasto w pewnym momencie traci urok. „Thief” jest grą niezłą, ale reboot takiego tytułu powinien być dużo lepszy, powinien uzależniać na miesiące. Jeśli chcecie mieć przyjemność z przechodzenia „czwórki”, obniżcie oczekiwania.

#Thief
#Cenega
#Xbox 360/ #PS3 / #PS4 / #XboxOne

Dodaj komentarz

-->