Na szczęście wszystko co niżej jest już łatwiejsze do oswojenia. Pierwsze palpitacje za nami. Teraz czas na spojrzenie z zupełnie innej strony, bo jakby od tyłu. W wiosce olimpijskiej wspinamy się na poplątaną Arcellor Mittal Orbit. Jest dużo niżej i dużo dalej od centrum. Można więc zobaczyć miejsca, które wcześniej były na granicy szczegółu. Cieszy też sama budowla, która przypomina skręcone DNA. Schodzimy po schodach. Fajnie poczuć czasem wysokość w nogach. Ostatnim wysokim wyzwaniem będzie słynne London Eye, które zakręci nam w głowie. Niby wysokość nie jest imponująca, ale fakt, że można znad tafli wody podziwiać Londyn sprawia, że to mój ulubiony „widokooddalacz”. Można poczuć się, jakby szybowało się nad budynkami. Poza tym wysokość jest tak niewielka, że widać ludzi, a wiadomo, że nie ma nic zabawniejszego, niż przyglądanie się ludzkim mróweczkom.

