Hinds – Miasto kobiet

Hinds „Leave Me Alone” Lucky Number

W teorii „Leave Me Alone” to płyta, którą powinni nagrać The Libertines, gdy w zeszłym roku w świetle fleszy odbudowywali spalone mosty wydanym po bardzo długiej przerwie albumem (tak, nie jestem fanem ostatniego dziełka Libsów). Wszystko się zgadza: proste piosenki, nonszalanckie, niemal niedbałe wokale prowadzone co najmniej parami (przy czym każdy z głosów sunie swoim własnym szlakiem), trochę indiedyskoteki, trochę lejących się, nieco zawianych i leniwych momentów, zabawy tempem w obrębie jednego utworu, gitary prowadzące całość i punktujące najważniejsze momenty, opowieści o nieudanych randkach i pijaństwie. Te wszystkie elementy ułożone w jedną układankę sprawiają wrażenie chaosu, zabawy, dziecinady nawet, raczej kontrolowanej, ale wystarczającej, by zachwycić młodzież poszukującą idoli.

No właśnie.

To krążek rozpisany na emocje nastolatków, którzy zachwyceni całą internetową otoczką wokół zespołu – nie dość, że same dziewczyny (!) to jeszcze z Madrytu (!!), a najwyraźniej dziś tyle wystarczy, by wyróżnić się z tłumu – dadzą się ponieść ogólnej „fajności”, jaka na „Leave Me Alone” jest wszechobecna.

Bardzo staram się nie użyć słowa „hipster”, bo właściwie nie wiem, kogo ono określa, ale mam wrażenie, że gdyby powstała rozgłośnia Plac Zbawiciela, to piosenki z tego krążka królowałyby na jej antenie. I to pomimo tego (a może właśnie dlatego?), że sympatycznym Hiszpankom ewidentnie brakuje warsztatu i umiejętności – wszystko brzmi dość płasko, bez finezji, ot, zebrałyśmy-się-tu-po-to-by-zagrać-parę-numerów-nie-przeszkadzajcie-sobie. Można to przeboleć, bo dziewczyny z tą swoją nie-wirtuozerią specjalnie się nie kryją. Gorzej, że brakuje tu muzycznych torped, które na tego typu albumach po prostu muszą się znaleźć – w końcu trzeba mieć co śpiewać na letnich festiwalach. Na razie więc traktujmy Hinds jako ciekawostkę, która być może (w co jednak wątpię) kiedyś się rozwinie. Najpewniej, gdy dziewczyny coś NAPRAWDĘ przeżyją.

 

Dodaj komentarz

-->