Głośno, głośniej, Kannon – nowy album Sunn O)))

Sunn O))) „Kannon” Southern Lord

Ponieważ słońce nie zawsze oświetlało mu drogę i ogrzewało jego ciało, człowiek okiełznał ogień, wynalazł żarówkę, zaprojektował solarium. I choć Skandynawowie powoli dochodzą do perfekcji w poszukiwaniu ekwiwalentów gwiezdnego światła, to żadna innowacja nie jest zdolna zastąpić blasku Heliosa. Ponieważ dysponujemy odtwarzaczami, głośnikami i słuchawkami, nagrań zespołu Sunn O))) możemy słuchać właściwie wszędzie. Żadne, nawet najlepsze audiofilskie sprzęty nie pozwolą nam jednak obcować z potęgą amerykańskiego duetu w sposób bezstratny.

O ile nie mamy w domu ściany wzmacniaczy, a za nią sąsiadów przygotowanych na trzęsienie ziemi połączone z gromobiciem, w przypadku tego zespołu zawsze słyszymy jedynie namiastkę.

Swoje dźwiękowe poszukiwania Stephen O’Malley i Greg Anderson rozpoczęli bowiem w miejscu, w którym fascynacja twórczością grupy Earth i dokonaniami producenta scenicznych wzmacniaczy Sunn O))) poczęła wzbudzać wstrząsy sejsmiczne i iskrzenie na gryfach elektrycznych gitar i basów. Termin „drone metal” – jak ukuło się nazywać te eksploracje – w swoim skupieniu na środku wyrazu i jego ekstremalności pomija jednak jeden z najważniejszych aspektów tegoż subgatunku. W spowolnieniu, nawarstwieniu i skrajnej głośności jego akolici nader często upatrują przecież dróg do oświecenia, w drganiach membran widzą blask, nie mrok, w wygrywanych na sprzężeniach mantrach odbywają medytację.

Z tego właśnie kontekstu swoją nazwę wywiódł pierwszy od sześciu lat studyjny album duetu z Seattle. Niewiele ponad półgodzinny następca epickiego „Monoliths & Dimensions” nosi japońskie miano buddyjskiej bogini Guanyin, personifikacji miłosierdzia, litości i płodności, której chińskie imię oznacza dosłownie „obserwować dźwięki”. O tej konotacji wiedzieli na pewno O’Malley i Anderson, którzy po ponad pół dekady skupienia na innych projektach, zleceniach kuratorskich czy kolaboracjach – choćby zeszłorocznym majestatycznym „Soused” nagranym we współpracy ze Scottem Walkerem – postanowili ograniczyć swoją paletę i wrócić do punktu wyjścia, do korzeni sięgających dalej niż historia ich grupy. Redukcji uległa liczba zaproszonych gości (została dosłownie garstka muzyków z nieodłącznym już od lat wokalistą Atillą Csiharem na czele), instrumentarium i warstwy, w których nakładaniu lubują się obaj artyści. Cały nacisk został położony na artykulację, brzmienie i – co na pewno spodobałoby się buddystom – istotność każdego dźwięku. Dźwięku, który często – jak to zwykle w przypadku burdonów bywa – ciągnie się w nieskończoność, a jednocześnie – jak rzadko kiedy – wciąż nie ginie w nawałnicy innych. I ta intensywność właśnie odróżnia „Kannon” od większości dronowo-metalowych – czy wręcz metalowych w ogóle – nagrań, które zazwyczaj są głośne, hałaśliwe i agresywne, ale nie intensywne, nie wciągające, nie dotkliwe; trudno je wnikliwie „obserwować”, a zapomnieć czy zbagatelizować zaskakująco łatwo.

Najnowszy album Sunn O))) jest ich przeciwieństwem – przenikliwość i moc odnajduje nawet w ciszy. O ile tylko jest to cisza słuchana z odpowiednią głośnością.

Dodaj komentarz

-->