Jest 20 stycznia 2016 r. 12 dni temu ukazał się ostatni, 25. album Davida Bowie. Tego samego dnia obchodził on swoje 69. urodziny – ostatnie, co okazało się dwa dni później. Od tygodnia muzyka już nie jest taka sama, a ja oglądam… film. Banalny, amerykański obrazek ze szkoły średniej, do którego wprowadzenie stanowi cytat z „Changes” – „a te dzieciaki, na które plujesz, gdy chcą zmieniać swoje światy, są uodpornione na twoje rady, całkiem nieźle zdają sobie sprawę z tego, przez co muszą przejść”. Mądre, celne słowa, których urodzony w Londynie artysta wypowiedział i wyśpiewał w swojej ponad półwiecznej karierze więcej niż którykolwiek z kronikarzy rozpędzonej do granic możliwości, pełnej burz, rewolt i przełomów, powojennej historii ludzkości. Bowie przeżył bowiem i systemy, których dogorywania był świadkiem, i gatunki, których rotację często sam napędzał, i wielu ludzi, z którymi los zetknął go na długim i wyboistym ponadkontynentalnym szlaku. I tylko czasu nigdy nie potrafił śledzić, jak sam zaznaczył lata temu, we wspomnianym singlu z krążka „Hunky Dory”. Dlatego nie wierzę w tak często w ostatnich dniach omawiany pożegnalny kontekst albumu z gwiazdą.
Nie dlatego po raz pierwszy w karierze nie widać go na okładce jego płyty, że wiedział o tym, że zaraz sam odejdzie w niebyt. Nie dlatego pisał o śmierci, rachunku grzechów i Łazarzu, że zdawał sobie sprawę z przeprawy, która go za moment czeka.
I nie dlatego też, że czekał na swój rychły koniec zmierzył się wreszcie z jazzową formułą, która w jego dzieciństwie stanowiła najbardziej progresywny wyraz buntu wobec (ponad)muzycznego status quo, a dziś tak dobrze pasuje do funeralnego kontekstu nowoorleańskich, roztańczonych pogrzebów. David Bowie – jakkolwiek obrazoburczo by to nie zabrzmiało – nie był bowiem typem artysty wizjonera. Był chłonnym i bacznym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości, na którą patrzył często przez krzywe zwierciadło narkotyków lub z osobliwej perspektywy obcego. Był człowiekiem głodnym wiedzy, otwartym na wpływy i nie bojącym się zmian, ba, wręcz od nich uzależnionym. I nawet kiedy w połowie lat 70. w kokainowym cugu nie odróżniał od siebie dni, nocy i sesji nagraniowych, w których brał udział, całkiem nieźle zdawał sobie sprawę z tego przez co musi przejść.
Wtedy, u progu swojego „berlińskiego okresu” wiedział, że w poszukiwaniu inspiracji – i ucieczce przed własnymi demonami – musi zmieniać otoczenie. Dziś natomiast, w środku drugiej dekady nowego millenium to znów obrzeża anglosaskiego głównego nurtu zainspirowały go, by „zmierzyć się z nieznanym”. Kiedy bowiem Scott Walker zyskuje wreszcie należny mu szacunek, rapowe środowisko nosi na rękach autora epickiego „To Pimp a Butterfly”, a Matana Roberts snuje swoją wielopłytową, międzygatunkową sagę rodzinno-historyczną, David Bowie mógł wreszcie nie zaprzątać sobie głowy singlami i nie łamać jej nad tym, jak utrzymać balans pomiędzy „intelektualnym” a „rozrywkowym”. Mógł nagrać jeden z najbardziej spójnych, acz nieprzebojowych albumów w swojej karierze. „Blackstar” – podobnie jak dokonania wspomnianych wcześniej artystów – pełnymi garściami czerpie z jazzu, a jednocześnie gatunek ten traktuje jako pryzmat, w którym odbijają się uprzednie fascynacje autora. Barok, psychodela, blues i fantastyka; płeć, sztuka, bunt i taniec; obcość, transgresja, epickość i… śmierć. Wszystko to mieni się różnymi odcieniami w ciemnym, a jednak świetlistym blasku czarnej gwiazdy.
Choć surrealistyczny duch tej płyty nie pozwala mi sądzić, że była ona zaplanowana jako pożegnanie, to jednak stała się nim – najpiękniejszym pożegnaniem, jakie miłośnicy twórczości Bowiego mogli sobie wymarzyć. Nie smucę się więc, nie ronię łez i nie żałuję, że tak się stało.
10 stycznia 2016 r. zmarł człowiek, który osiągnął w życiu więcej niż większość marzy. Człowiek, który prawdopodobnie od dziecka – a już na pewno od nastolatka, kiedy to nagrał pierwszy wydany utwór – zmieniał swój świat, nie słuchając podszeptów kusicieli, których na drodze spotkał pewnie bez liku. Od początku całkiem nieźle zdawał sobie sprawę z tego, przez co musi przejść, ile to będzie kosztowało trudu, poświeceń i wyrzeczeń. Już w pierwszych latach swojej kariery zaznaczył jednak, że bogatszy być nie chce, a pociąga go tylko perspektywa mierzenia się z nieznanym i zmieniania się wraz z czasem, który mija. Z czasem, którego nigdy nie potrafił śledzić i może dlatego ten tak dobrze go zawsze traktował.

