#Editors to jeden z tych zespołów, które mają w naszym kraju ugruntowaną pozycję i prawie fanatyczny fanbase. Wystarczy przejrzeć Last.fm, by zobaczyć, że debiutujący ledwie osiem lat temu przedstawiciele drugiej fali #NewRockRevolution regularnie grają u nas po kilka koncertów w roku.
W sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo Polacy od dawna kochają mrok podany w przebojowy sposób, więc ekipa dowodzona przez Toma Smitha wprost idealnie trafia w to specyficzne upodobanie naszych rodaków. Editors zagrali jak na profesjonalny zespół przystało: solidnie i praktycznie bezbłędnie. Można nie lubić takiego grania i zarzucać mu wtórność, ale w tej chwili porównanie kwintetu z Birmingham do #JoyDivision jest równie nieuzasadnione co gadanie, że „indie” to muzyka gitarowych prostaczków. #Editors dojrzeli wraz ze swoją publiką i wzrostem popularności. Pod sceną nie było już piszczących małolatek, tylko przekrój społeczny z często przewijającymi się brodatymi panami, którzy, słuchając w robocie pseudoalternatywnych radiostacji, załapali się najwyraźniej na drugą rockową młodość. Wszyscy cieszyli się jak dzieci, bo dostali produkt najwyższej jakości nafaszerowany przebojami z całej kariery grupy (niektóre z nich były świetnie przearanżowane). Radochę miał też zespół, który chyba poczuł, że poty wylewane niegdyś w sali prób zwracają się z nawiązką. Obyło się przy tym bez typowego wazeliniarstwa, a w ramach dawkowania emocji budowania dramatyzmu zespół znikł ze sceny tuż po tym, jak Tom zaczął odstawiać charakterystyczne tańce na każdym elemencie nagłośnienia. Nic dodać, nic ująć!
