# 7 / To nie jest tekst o płaczce, która zeszła ze sceny.

Kiedyś to byli szaleńcy. Czego oni nie jedli, czego nie brali, ile obrzydliwych rzeczy robili „by się mówiło”. Czasem schodzili ze sceny bo nie chciało im się grać, ale tak nonszalancko, że lider „The Smiths” mógłby się od nich uczyć klasy. To właśnie przy okazji przerwanego koncertu Morriseya w Warszawie naszło mnie by przypomnieć o kilku „mistrzowskich” skandalach, incydentach, wypadkach, lub zwykłych idiotyzmach, które stały się fundamentami niejednej legendy.

Przerwanie środowego koncertu wywołało falę oburzenia i krytyki, a gdy powód zajścia (czyli obraza wokalisty) wyszedł na jaw, jeden z internautów podał artyście za wzór Lemmy’ego Kilmistera, który został kiedyś opluty przez fana podczas koncertu. Muzyk ani myślał przerywać granego utworu i obrażać się na co najmniej kilkutysięczną publiczność. Wtarł sobie gila we włosy i powiedział ze sceny, że on dzisiaj umyje głowę, ale gość który to zrobił pozostanie dupkiem już na zawsze. Oklaski, kurtyna.

Ta historia jest niczym przy wybrykach gwiazd pokroju Franka Zappy, Ozzy’ego Osbourne’a, czy „Clowna” ze Slipknot. Po kolei: o pierwszym krążą legendy, że razem z Capt. Beefheartem urządził sobie konkurs jedzenia kału na scenie; drugi odgryzł głowę nietoperzowi a potem powtórzył tę samą sztukę z żywym gołębiem; trzeci woził ze sobą w trasę rozkładającego się kruka w słoiku i wąchał go przed wejściem na scenę, by zaniepokoić swój układ trawienny. Tradycja jest żywa, bo na poziomie lokalnym wszyscy opowiadają sobie historię o gościu z jakiejś hardcore’owej kapeli, który zjadł tzw. „kutię z kiepów”. Pewnie zrobiłoby to na mnie wrażenie, gdybym nigdy nie oglądał „Jackass”. To właśnie ten program – zresztą emitowany w MTV („Music Television” sic!) – udowodnił, że można zjeść tę samą jajecznicę dwa razy.

Herosi minionych dekad myśleli podobnie i nigdy nie mieli problemów z używkami! Lemmy spytany, czy ma problem z alkoholem odpowiedział, że „tylko z jego brakiem”, natomiast Keith Richards wyznał: „Nigdy nie miałem problemów z narkotykami. Miałem problemy z policją”. Iggy Pop z kolei ubolewał, że w młodości nie był jeszcze bardziej lekkomyślny. Czy to była rozbrajająca szczerość, czy zabiegi marketingowe podpowiadane przez tęgie głowy? Może obie rzeczy na raz? Jednak to, co sprzedaje płyty niekoniecznie sprzeda film Disney’a. Wyobraźmy sobie reakcje speców z agencji, która zajmuje się wypromowaniem nowej części „Piratów z Karaibów” na informację, że kompletnie pijany Keith Richards spadł z palmy kokosowej i się połamał. Pisma plotkarskie donoszą, że w chwili upadku gitarzyście – poza alkoholem – płynęła we krwi średniej wielkości apteka i tylko dzięki temu wstał o własnych siłach. W tym samym czasie rekiny reklamy w popłochu wycofują billboardy z twarzą Richardsa opatrzoną logotypem Myszki Miki. Tragizm miesza się tu z komizmem.

Na szczęście jeszcze przez jakiś czas unikniemy nudy, bo Lemmy zapowiedział, że umrze dopiero w 2051 roku, a Budka Suflera pojechała w pożegnalną trasę koncertową, która według specjalistycznych prognoz potrwa do 2030. Na dodatek w słowniku antonimów pod hasłem „śmierć” znajdziesz najprawdopodobniej Keitha Richardsa (opcjonalnie Iggy’ego Popa).

Maciek

fot. Radek Zawadzki

Dodaj komentarz

-->