Trochę się obraziłem na Cheta Fakera po jego warszawskim koncercie. Cały hype związany z fenomenalnym „Built on Glass” wyparował w okamgnieniu. Odechciało mi się słuchania soulowych mruczanek utkanych na oszczędnych bitach i kompletnie zwątpiłem w to, że ten szlachetny gatunek umie się odnaleźć w XXI wieku. Ale na szczęście ciągle łapię się na prosty trik z ocenianiem płyty po okładce. „Noctunes” to jednak nie tylko ładna okładka, ale przede wszystkim kilka bardzo zgrabnych i klimatycznych piosenek. Wszystko załatwia fenomenalny, ciepły głos Willisa.
Isaac Hayes i Barry White nie dorobili się może konkurenta, ale z pewnością zyskali niezłego spadkobiercę. Kogoś, kto w epoce barokowej produkcji spod znaku iMaca za milion dołków potrafi wystartować z płytą opartą prawie wyłącznie na wokalach. Podkłady ograniczają się tu właściwie do niezbędnego minimum, które (z całym szacunkiem) byłby w stanie skomponować uczeń drugiej klasy szkoły muzycznej. Jakiś syntezator, bit maszyna, tyle. Całą przestrzeń wypełnia ten cholerny, magiczny głos. To on buduje dramaturgię, tworzy groove, sprawia, że po plecach przebiega ciepło, nawet gdy na zewnątrz pada śnieg i panuje mróz. Nie da się od niego uwolnić, nie da się nawet zasnąć. Pomimo kołysankowej konwencji jest w tej muzyce coś niepokojącego i apokaliptycznego, co decyduje o tym, że ta płyta to nie jest jedynie zestaw hipsterskich pościelówek.
Willis Earl Beal
„Noctunes”
HxC Recordings

