Szklana i zielona, głośna i cicha, prędka i spokojna. O swoich własnych – osobnych, acz czasem też wspólnych – stolicach opowiadają Aga Zaryan i Misia Furtak. A wokół krążą kolejne pokolenia migrantów, starzy działko-wicze i zdolni muzycy, jeże, dziki i syreny.
Filip Kalinowski: Wasze doświadczenie Warszawy jest nieco odmienne, bo ty, Misia, nie urodziłaś się tutaj.
Misia Furtak: Urodziłam się w Zielonej Górze. Wszyscy moi dziadkowie byli przymusowo wysiedlonymi Łemkami, więc mam wielopokoleniowe, rodzinne doświadczenie migracji. Dosyć prędko też wylądowałam z rodzicami pod Warszawą, w Grodzisku Mazowieckim, który trzydzieści lat temu nie był jeszcze przedmieściem, ale zupełnie osobnym miejscem. W Warszawie chodziłam do liceum i ten formatywny dla mnie okres wspominam już bardziej przez pryzmat miasta, tyle że później znów się wyprowadziłam – najpierw z powrotem do Zielonej Góry, potem na kolejne siedem lat do Danii i Holandii, by w końcu wrócić do Warszawy i poza bardzo fajną, dwuletnią przerwą na Poznań cały czas jestem tu. Jeśli więc chodzi o Polskę, to w Warszawie mieszkałam najdłużej i mimo że się w niej nie urodziłam, to czuję się z nią związana.
Aga, ty się tu urodziłaś, ale też zdarzyło ci się pomieszkiwać za granicą i patrzeć na to miejsce z dystansu.
Aga Zaryan: Tak, jestem Warszawianką z dziada pradziada. Jedynie kiedy byłam dzieckiem, mieszkałam przez blisko cztery lata w Anglii, pod Manchesterem, bo mój tata studiował podyplomowo fortepian klasyczny. W dorosłym życiu długo miałam taki system, że kiedy przychodziło lato, starałam się wyjeżdżać do Nowego Jorku – głównie ciągnęło mnie tam ze względu na muzykę. Zdarzało mi się też poza wakacjami pomieszkiwać tam kilka miesięcy, ale nigdy nie zdecydowałam się na wyprowadzkę na stałe. Większość życia spędziłam w Warszawie. Koncertuję od czasu do czasu na świecie, ale zawsze po występach wracam z przyjemnością do moje-go stałego warszawskiego gniazda, mojej przystani, oazy.
Biorąc poprawkę na te wszystkie inne miasta, w których mieszkałyście bądź je odwiedziłyście, jak widzicie dziś Warszawę? Mnie ta perspektywa zewnętrzna zawsze utwierdzała w tym, że to jest miasto… wielu miast. W zależności od dzielnicy czy nawet konkretnej ulicy potrafię tu znaleźć Paryż, Kijów, Londyn i Rygę.
M.F.: Dokładnie tak! Za każdym razem, kiedy przeprowadzam się wewnątrz Warszawy, czuję się trochę jakbym zmieniała miasto zamieszkania. Zawsze mam swoją najbliższą okolicę i szukam w jej granicach nowych punktów, o które mogę się zahaczyć, małych społeczności, w które mogę wejść. Najdłużej mieszkałam w Śródmieściu Południowym i choć na Mokotowskiej trudno mówić o lokalności, udało mi się zakolegować z kilkoma osobami z okolicy. Zaglądałam na kawkę do pobliskiego butiku z biżuterią i nawet pani z fancy piekarnio-cukierni zaczęła przy wejściu pytać mnie, czy chcę „to, co zwykle” i znała na pamięć mój NIP. Teraz czynnie korzystam z dobrodziejstw Starego Mokotowa. Nieustannie ścigam tę lokalność i nawet jak się przeprowadzałam dwa kilometry dalej, to wyraźnie czułam, że jest inaczej.
A.Z.: Wychowywałam się na Mokotowie pomiędzy Woronicza a Racławicką. Przy ulicy Etiudy Rewolucyjnej spędziłam dwadzieścia kilka lat mojego życia. Kolejne kilkanaście na Żoliborzu, potem – dziesięć – na Saskiej Kępie i teraz od niecałego roku mieszkam na Sadybie. Każda z tych dzielnic ma swoje zakamarki, klimat i urok. Każde miejsce nierozerwalnie wiąże się z konkretnym etapem mojego życia. Okolice dzieciństwa to dzisiejsza Galeria Mokotów, Mordor i dziesiątki nowych biurowców, a wtedy to były stare garaże, puste, pofabryczne hale i inne nieużytki. Tam, gdzie od lat jest Marina Mokotów, było wielkie pole chabrów, maków i szklarnie, do których zakradaliśmy się z naszego podwórka przez płot, po dachach śmietników. Ogrodnicy nas przeganiali, a my tam mieliśmy swoją magiczną krainę, nasz plac zabaw. Mieszkałam z rodzicami i siostrą na ósmym piętrze w takich klasycznych blokach z lat siedemdziesiątych – 48 m kw. mieszkania – i choć niczym one nie różniły się od innych, to wyjątkowe było to, że mieliśmy przed blokiem osiedlowe korty tenisowe. To dzięki mamie, która dla przyjemności na nich grała, sama zaczęłam trenować. To zaprowadziło mnie do Klubu Sportowego Warszawianka i zawodowej gry przez cztery lata. Finałem mojej krótkiej kariery tenisowej było zdobycie mistrzostwa Warszawy juniorów młodszych.
To jest dla mnie kolejny element tej mojej teorii wielu miast – nie dość, że można tu znaleźć klimat innych miejsc na świecie, to można też wspominać różne okresy historii miasta. Po części za sprawą własnych wspomnień, ale również konkretnych budynków, które pozostały niezmienne, albo tych, których… już nie ma.
M.F.: Dobrze pamiętam moment, kiedy wróciłam do Polski. Jeszcze chwilę wcześniej zaczęliśmy z zespołem przyjeżdżać tu na koncerty i poczuliśmy, że nagle zrobiło się jakoś tak… fajnie. To było mniej więcej piętnaście lat temu, kiedy Warszawa była na wznoszącej. Miała dobrą energię i jakieś takie przeświadczenie, że wszystko dopiero przed nam. Zaczęły pojawiać się nowe knajpy, miejscówki – Warszawa Powiśle czy pierwsze lokale na Poznańskiej, a że ja wtedy byłam bardzo wychodząca, to z tej energii wiele czerpałam i też sama sporo jej z siebie dawałam. Dziś bardziej potrzebuję się regenerować, więc szukam ciszy i natury, której to miasto też mi dużo daje. W ogóle wydaje mi się, że każdy może tu w jakiś sposób zaspokoić swoje potrzeby – na różnych etapach życia zupełnie inne.
A.Z.: Dla mnie – z racji tego, że jestem od was kilka lat starsza – takim pierwszym powiewem zmiany była Cafe Brama na Puławskiej. Wyjście na kawę, wino czy sałatkę to było wydarzenie. Dosłownie to było jedno miejsce na mapie całego miasta, a dziś jest ich tyle, że muszę pytać lepiej zorientowanych koleżanek, gdzie można dobrze zjeść, bo wychodzę na miasto rzadko i już nie orientuję się w tych ciągłych zmianach na mapie stolicy.
Ja wręcz uważam, że tego miasta, które mnie wychowało, już nie ma – Warszawa przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych zniknęła niepostrzeżenie w procesie ciągłej przebudowy i… bardzo dobrze, bo było to opresyjne, twarde i mroczne miasto. Jedyne, czego czasem mi żal, to, że Warszawa tego nie pamięta – w żaden sposób nie pielęgnuje pamięci o tych zmianach, nie dokumentuje tych wszystkich jasnych miejsc na swojej mapie – środowiskowotwórczych knajp i kulturotwórczych klubów.
M.F.: Jako miasto jesteśmy niesentymentalni. Albo – lepiej – jesteśmy sentymentalni, ale tylko do któregoś momentu w historii. Dalej już jest tylko codzienność. Tylko, że ta codzienność rozciąga się już dzisiaj na co najmniej trzydzieści lat. To jest problem Warszawy, że ta „święta pamięć” kończy się na wielkich wydarzeniach historycznych.
A.Z.: Tak bardzo chcieliśmy w latach dziewięćdziesiątych się rozwijać, nadgonić, dorównać do europejskich standardów, że coś nam po drodze umknęło. I dziś niektóre z tych rzeczy, które wtedy porzuciliśmy, wracają, bo okazują się fajne i vintage, ale część już nie wróci, bo nie przetrwały próby czasu. Rozmawiałyśmy o tym podczas sesji zdjęciowej, stojąc na Placu Defilad. Tam, na przełomie millenniów, wszędzie stały szczęki i łóżka polowe, stoiska i stragany, gdzie ludzie sprzedawali mydło i powidło, był nieład i brud. Nie oszukujmy się, było to okropne i bardzo dobrze, że jesteśmy w innym miejscu. Pozostają wspomnienia Warszawy w czasie trans-formacji i rodzaj sentymentu za danym momentem w życiu.
Właśnie – sentyment. Pamiętasz, kiedy to miasto zaczęło budzić w tobie emocje?
A.Z.: Kiedyś mnie to zupełnie nie obchodziło, nie myślałam o takich kwestiach. Mam wręcz wrażenie, że tak naprawdę zaczęłam myśleć o Warszawie dopiero w 2007 roku, kiedy z pianistą i kompozytorem Michałem Tokajem zaczęliśmy tworzyć album „Umiera piękno”. Wtedy poczułam ogromnie silną więź z miastem, z którego pochodzę i z którym związane są bardzo dramatyczne, wojenne i powstańcze losy mojej rodziny. Pojawiła się nostalgia, tęsknota za przedwojenną stolicą i ogromne wzruszenie. Mieszkałam wtedy na Żoliborzu i kiedy szukałam wierszy, które złożyły się na tę płytę, trafiłam m.in. na „Żoliborz” Miry Grelichowskiej i „Piosenkę o powstaniu” ks. Jana Twardowskiego. Chodziłam po ulicy Mickiewicza czy Placu Wilsona i wręcz czułam tę atmosferę Warszawy na moment przed wybuchem II wojny światowej. Nagle uświadomiłam sobie, że to wszystko drzemało w mojej podświadomości już wcześniej, że pamięć została mi przekazana przez po-przednie pokolenia, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Nie zaczęło się ode mnie. To historia wielu pokoleń, która we mnie rezonuje.
Jako, że pojawił nam się tu wątek muzyczny, to spytam od razu – jak brzmi wasz dom? Z jakim dźwiękiem kojarzy wam się Warszawa?
M.F.: Zawahałam się, bo wiem jak to zabrzmi, ale Warszawa kojarzy mi się z… syreną. Tyle, że nie z warszawską syrenką, ale z wyciem syren. I też wcale nie z okazji 1 sierpnia. Chodzi mi o samochody polityków jeżdżące i wyjące po centrum – swoją drogą nie wiem, czemu wolno im jest generować tyle hałasu, skoro wszyscy tak samo spieszą się do pracy – oraz o dźwięki protestów. W trakcie pandemii mieszkałam w Śródmieściu Południowym i brałam udział w licznych marszach. Nieustannie słyszałam ten rumor i choć teraz przeprowadziłam się do dużo cichszego miejsca, to i tak co chwilę przejeżdża tamtędy kawalkada aut na sygnale. A drugim dźwiękiem, z którym kojarzy mi się Warszawa, jest szum Trasy Łazienkowskiej. Moja przyjaciółka ma mieszka-nie przy Marszałkowskiej i jako, że swego czasu dużo jej nie było, to raz po raz ktoś tam odbywał „rezydencję artystyczną”. Piotrek „Hatti Vatti” Kaliński pracował tam nad swoją płytą, która nie bez powodu nazywa się „Szum”, a ja wylądowałam tam, kiedy w pandemii miałam lecieć na Teneryfę, ale na lotnisku okazało się, że zmieniły się przepisy i potrzebuję innego rodzaju testu, więc nie wpuścili mnie do samolotu. Zamiast pisać teksty piosenek na wyspie, pisałam je na Marszałkowskiej, udając, że szum za oknem, to nie Trasa, tylko morze. Na Jazdowie – gdzie od lat spędzam dużo czasu – też go zresztą słychać.
To ciekawe, bo dla mnie najbardziej warszawskim dźwiękiem też są syreny, z tym, że alarmowe – nieustannie wyjące na przełomie millenniów alarmy samochodowe. Początek drugiego albumu Molesty…
A.Z.: Molesta! Zupełnie o tym zapomniałam, z przyjaciółką, wokalistką Olgą Stopińską śpiewałyśmy chórki na płycie Vienia i Pelego. Ona się z nimi przyjaźniła i chłopaki zaprosili nas do utworu, w którym – swoją drogą – refren brzmiał: jednym z takich miejsc, w których warto być, to Warszawa, żeby to czuć trzeba tu żyć. Śpiewa-łam W-A-R-S-Z-A-W-A to moje miasto – Warszawa. Śmiesznie, że to wspomnienie wróciło akurat podczas naszej rozmowy. Ach, ten lokalny patriotyzm! Wracając do szumu, w Warszawie nigdy nie zwracałam na niego uwagi, natomiast w Nowym Jorku zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Do tego stopnia, że nagrałam fragment tego szumu na dyktafon i trafił on na moją pierwszą płytę wydaną pod szyldem Blue Note Records – album „Looking Being Walking”. Warszawa wydaje mi się względnie cichym miastem. Hałas mnie tak nie męczy jak korki. Zgodzicie się ze mną? M.F.: To zależy, z czym i gdzie porównujemy! Kiedy przypominam sobie, jak mieszkałam na Jasnej, koło filharmonii, w czasach kiedy budowali metro i cały ruch z zamkniętej Świętokrzyskiej szedł tą wąską uliczką, pod wielkim, szklanym biurowcem, to sama zastanawiam się, jak dałam radę to przetrwać! Swoją drogą, bardzo lubię spacerować w miejsca, w których kiedyś mieszkałam i sprawdzać, jak się zmieniają. Generalnie lubię po tym mieście chodzić piechotą.
A.Z.: Tak! Jak byłam mała, to mam wrażenie, że cały czas chodziłam po Warszawie i do dzisiaj bardzo lubię to robić. Sama długo nie miałam samochodu i jeździłam dużo komunikacją miejską. Uwielbiam też chodzić po obcych miastach. To mi sprawia ogromną przyjemność.
Można w ten sposób trafić do miejsc nieoczywistych.
M.F.: Jak ktoś do mnie przyjeżdża z innego miasta, to ja wręcz siadam dzień wcześniej i zastanawiam się, jaką mogę mu zaproponować najfajniejszą trasę spacerową. Jak mieszkałam na Dolnym Mokotowie, to – na przy-kład – chodziliśmy nad Wisłę przez same parki, co da się zrobić całkiem łatwo, tylko trzeba moment pomyśleć. To daje wrażenie, jakby Warszawa była jednym wielkim, niekończącym się parkiem, tylko z kilkoma szybkimi trawersami przez ulice.
A.Z.: Bo też Warszawa jest bardzo zielona. Odkąd przeprowadziłam się na Sadybę, jestem wielką fanką Jezior-ka Czerniakowskiego. Jak tylko mam chwilę, to biorę psy i czasem też dzieci – jak akurat uda mi się zniwelować ich zblazowanie lodami – i spacerujemy wokół jeziorka. Tam jest wspaniale, jak za dawnych lat, czas stanął w miejscu. Wszystko ma trochę taki PRL-owski klimat. Ludzie opalają się w kostiumach, spacerują z psami, rodziny urządzają sobie pikniki, młodzież popija piwko i gada. Przeplatają się pokolenia, lokalsi i nie lokalsi, a dodatkowo jeszcze jest wydzielone kąpielisko – latem można sobie popływać, a zimą morsować i grzać się potem w mobilnej saunie.
To się bardzo łączy z tym, o czym rozmawialiśmy na początku, że dziś wracamy często do rozwiązań, które wydawało się, że bezpowrotnie minęły. Nowoczesność spotyka się tam z czasem przeszłym, lokalne z globalnym, a zagospodarowane i poukładane z dzikim.
M.F.: Ja to widzę na Jazdowie, z którym czuję się od lat już bardzo mocno związana. To wręcz książkowy przy-kład zderzenia światów. Wolny Jazdów zdecydował się podpisać nowe umowy z urzędem miasta, które narzucają 236% podwyżki czynszów. Robią to w poczuciu odpowiedzialności za ciągłość i za społeczność, ale jednocześnie musieli uruchomić zbiórkę na czynsze, bo inaczej nie dadzą rady. 2 3 6 % ! Tymczasem wiele osób dałoby się pokroić za działkę budowlaną w takim miejscu Warszawy, ale jak w ogóle można myśleć o takiej wartości historycznej i kulturotwórczej w tych kategoriach? Zawsze przyprowadzam na Jazdów znajomych z zagranicy i innych miast w Polsce i kiedy mówię im, że istnieje zagrożenie, że stanie tam wieżowiec, wszyscy łapią się za głowę. Kiedyś koleżanka z Barcelony zapytała: „Dlaczego mieliby zburzyć to, a nie któreś muzeum mieszczące się w dobrej lokalizacji? To jest żywe muzeum i dzieje się tu dużo więcej niż »tylko« wystawy sztuki! Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć”.
A.Z.: Oazy są bardzo ważne, choć mam wrażenie, że będą – niestety – powoli wymierać. Choćby ogródki działkowe przy Jeziorku Czerniakowskim, na Kinowej czy Żoliborzu. To jest relikt przeszłości – wzruszający i potrzebny relikt. Obserwuję czasem starsze panie i panów, którzy uprawiają swoje działki, pięknie dbają o te kilka metrów ziemi. Zaglądam do nich czasem przez płot. Tam dzieją się zupełnie niezwykłe rzeczy – grządki, szklarnie, altanki; kwitnie tam alternatywne życie. Myślę, że – niestety – w perspektywie najbliższych lat to wszystko zostanie jednak zrównane z ziemią. Deweloperzy przejmą ster.
Jako, że rozmawiamy o florze, nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał was o faunę. Dla mnie Warszawa to jest miasto dzikich zwierząt, co jest fascynujące względem metropolitalnego – bądź co bądź – sznytu naszego miasta.
A.Z.: Wszędzie powracające dziki. Odkąd się sprowadziłam na Sadybę, to dosłownie wszędzie. Mam taką komiczną rolkę na Instagramie – wyszłam z psem na spacer i zapraszam moich obserwatorów na koncert, a tu nagle podąża za mną dzik, ogromny. Został uwieczniony na zaproszeniu. Co rusz kolejne spotkanie z dzikiem. Dziki rządzą na Sadybie. I jeże, ich też jest sporo.
M.F.: Ja mieszkam blisko Łazienek Królewskich, więc najwięcej widzę jednak wiewiórek i różnych ptaków. No i na Jazdowie po nocy zawsze sobie drepcą jeże.
A.Z.: Warszawa chyba ma się dobrze, jeżeli zwierzęta stąd jeszcze nie uciekły. Jest jeszcze nadzieja dla tego miasta!
Bo Warszawa da się lubić, jak śpiewał klasyk.
M.F.: Tylko trzeba mieć na starcie jakiegoś przewodnika, który pokaże, oprowadzi. Ja zawsze mówiłam znajomym z różnych stron świata, że jeśli planują odwiedzić Warszawę, to niech koniecznie się odezwą, zanim tu przyjadą. Bo to miasto może być naprawdę wspaniałe i ludzie często się w nim zakochują, ale próg wejścia ma nieco wyższy niż niektóre inne miasta. Jak ktoś tu sam ląduje na Warszawie Centralnej i rozejrzy się dookoła, to może poczuć się zdezorientowany – z jednej strony centrum handlowe, z drugiej szklane biurowce, a z trzeciej ogromny plac i… co teraz? Co zrobić? Gdzie iść? O co tu w ogóle chodzi?
Na to odpowiedź znają tylko ci, którzy już tu chwilę spędzili i zbudowali jakąś relację z tym miastem. I to może jest dobre pytanie na koniec – kiedy człowiek może czuć się Warszawiakiem? Bo w dyskursie medialnym jest pełno pogardliwych określeń typu „słoik”, które wręcz odbierają ludziom możliwość poczucia czegoś głębszego względem tego miasta.
M.F.: W dzisiejszym świecie jest dużo tego typu podziałów – wszystko jest „albo-albo”. A ja moją nadchodzącą płytę pisałam z głębokim przeświadczeniem, że może być „i”. Kiedy rozmawiam z różnymi twórcami, z którymi pracuję mentoringowo, to oni bardzo często mówią o swego rodzaju rozdarciu – czy ja jestem bardziej tym, czy może tamtym, a są koniec końców jednym i drugim. To jest możliwe, że jesteś wszystkim naraz, to jest patchwork. I takim samym patchworkiem jest to miasto i każdy jego mieszkaniec. Nie ma znaczenia, gdzie się urodziłeś, czy ile lat tu mieszkasz, to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane i nie da się tego zamknąć w żadnych prostych etykietach.
A.Z.: Dla mnie, jako osoby tutaj urodzonej, naprawdę nie ma żadnego znaczenia, skąd ktoś pochodzi. Różno-rodność ludzi, którzy tu przyjeżdżają z wszystkich stron Polski i świata, jest niesamowicie wzbogacająca. To często osoby twórcze, pracowite, odważne i ciekawe. Warszawa działa jak magnes i w finalnym rozliczeniu liczy się to, co ktoś tutaj wnosi. Choćby w środowisku jazzowym, w którym jestem już prawie trzydzieści lat – zawsze otaczałam się bardzo zdolnymi muzykami, a to, czy byli oni ze Śląska, Krakowa, Trójmiasta, czy Warszawy, nie miało zupełnie żadnego znaczenia. Spotkaliśmy się tu i albo udawało nam się zbudować jakiś dialog i mieliśmy podobny flow, albo nie i wtedy współpraca mijałaby się z celem. Mindset jest najważniejszy.
M.F.: Wracając jeszcze do któregoś poprzedniego wątku, chciałabym, żeby Warszawa bardziej dbała o swoją historię najnowszą. W związku z tym, że nie musi być „albo-albo”, bo może być „i”, żeby wiedziała, że szacunek dla dawniejszej historii nie wyklucza szacunku dla różnych miejsc, środowisk i osób, które na co dzień nadają temu miastu charakter i kolor. Żeby umiała mówić o sobie jako o miejscu, które składa się z wielu ka-wałków, różnych planów historycznych i ludzi, którzy tu przyjechali na przestrzeni ostatnich dekad z Polski i ze świata. I żeby widziała w tym wartość. Żeby umiała zadbać o pozostałości z ostatnich etapów swojej historii i nie rządziła się tylko twardą ekonomią. Tu jest robota do wykonania. Ale jeśli ona zostałaby zrobiona, to nie dość, że Warszawa będzie jeszcze wspanialsza dla nas, to stanie się też bardziej przyjazna i zrozumiała dla patrzących z zewnątrz. A w zakresie uznania różnorodności, to mogłoby mieć wartość edukacyjną na skalę całej Polski. Bo myślenie o inkluzywności i szacunku zaczyna się zawsze na własnym podwórku.
zdjęcia: Bart Pogoda
produkcja: Ewa Dziduch-Piasecka
makijaż / włosy: Agnieszka Jańczyk













