„Nie chcę tworzyć dla algorytmu” – Igor Leśniewski o autentyczności, sztuce i byciu Młodym Twórcą roku

Ma 28 lat, a już zdążył zamieszać w świecie kreatywnego wideo. Laureat Crafty SPR Awards w kategorii Młody Twórca, Igor Leśniewski, to przedstawiciel pokolenia, które nie boi się eksperymentować z formą i emocjami. W rozmowie z Aktivistem opowiada o tym, jak łączy sztukę z mediami społecznościowymi, dlaczego nie ufa trendom i co dla niego znaczy tworzyć „po coś, a nie tylko po to, żeby było viralowo”.

Nowe pokolenie reżyserów wchodzi na plan z zupełnie inną energią niż wcześniejsze. Co Twoim zdaniem najbardziej różni Wasz sposób patrzenia na obraz i opowiadanie historii?

Zacznę od tego, że nie jestem fanem tej szufladki, bo mam wrażenie, że grupowanie ludzi na pokolenia działa niekorzystnie dla obu stron. Jednych stygmatyzuje się jako niezaktualizowanych, a z kolei tych drugich – jako mniej poważnych i godnych zaufania.

Chociażby ostatni spot dla Tigera w reżyserii Tadeusza Śliwy jest tutaj idealnym przykładem, że wiek kompletnie nie ma znaczenia i w drugą stronę – dokument Igi Lis

„Bałtyk” udowadnia, że wrażliwą i świadomą osobą można być w naprawdę młodym wieku. Wychodzę z założenia, że warto zawsze spojrzeć na człowieka indywidualnie, nie przez metrykę, zwracając uwagę na sposób, w jaki osoba widzi, tworzy i filtruje świat.

Żeby jednak nie pomijać odpowiedzi na to pytanie – mówiąc bardzo ogólnikowo, jako reprezentant mojego pokolenia, widzę wśród moich rówieśników dwa wilki: pokorę i jednocześnie… bezczelność? Brzmi to jak oksymoron, ale naprawdę – reżyserzy coraz częściej przestają uprawiać jednoosobowe show. Szacunek dla całego zespołu, który swoją grupową pracą składa się na film, to podstawa. Frustracje wśród moich rówieśników też, mam wrażenie, są czymś innym niż to, co słyszałem, że się działo dawniej. Rzadko słyszę, żeby ktoś rzeczywiście darł się na ludzi lub pracował pod wpływem. Jednocześnie myślę, że ja i moi rówieśnicy cenimy szczerą gadkę i nie mamy problemu powiedzieć otwarcie, co myślimy.

Kolejny fakt to to, że reżyserzy w moim wieku uprawiają bardzo dynamiczny wyścig w poszukiwaniu nowych bodźców, a ten internetowy haj tylko to napędza. Czy to dobre? Na pewno momentami ekscytujące i nakręcające. Na pewno też dla reklamodawców, którzy chcą upchać jak najwięcej treści w 15 czy nawet 6 sekund – ekstra! Czy to zdrowe? Wątpię, dlatego sam staram się szukać złotego środka, jakiegoś duchowego wyważenia. Nie ukrywam, lubię ten wyścig, ale doceniam też spokój, wyciszenie, proste, zrównoważone formy, które są kompletnie w kontrze do tego intensywnego bodźcowania odbiorcy.

Także wydaje mi się, że we mnie, ale też wśród wielu moich rówieśników, siedzą dwa wilki – jeden z nich wciąga nosem terabajty danych z internetu i przekłada to na bardzo dynamiczne, nadziane treścią formy audiowizualne, a drugi pije w kącie matchę, słuchając Bonobo po skończonym runningu w parku Skaryszewskim, i obmyśla, gdzie znaleźć twórczy spokój w jakichś alternatywnych projektach. I szczerze? Mnie się ten balans podoba!

Dziś film, teledysk czy reklamę często oglądamy na telefonie, w ciszy, między powiadomieniami. Jak to wpływa na Twój sposób myślenia o narracji i emocji?

Staram się nie popaść w ten ogólny szał optymalizacji wszystkiego, co się da, bo nie popieram takiego rodzaju konsumpcji. Gdybym ślepo szedł za tym trendem, to tak, jakbym karmił hydrę, z którą poniekąd walczę. Oczywiście mojej rebelianckiej duszy pozwalam się wybiegać tam, gdzie jej wolno (teledyski), a tam, gdzie jesteśmy na usługach (reklamy), raczej pokornieje i zmienić się w kameleona.

Jestem oczywiście na bieżąco z analityką, zdaję sobie sprawę z tego, jaka dziś jest higiena oglądania treści w sieci – rzadka, rozbebłana i mało co zostaje w głowie przez ilość towaru, jaki przyjmujemy w ciągu dnia. Nie oznacza to jednak, że nagle zacznę faworyzować te pierwsze trzy sekundy, gdy widz ma uwagę, lub że zacznę opowiadać tylko obrazem, zapominając o reszcie. Sztuką jest znaleźć w tym jakiś zdrowy pomost – nie wykluczając wykluczonych.

Każdy projekt ma też indywidualną charakterystykę. Niektóre z nich przecież w dużej mierze bazują np. tylko na dźwięku albo na zaskakującej puencie, która wchodzi w 80% materiału, do którego dotrwało już tylko 10% widowni. Jeśli pomysł jest dobry, a mimo to idzie w kontrze do dzisiejszego sposobu konsumowania treści, to nie znaczy, że nie ma sensu go realizować. Strata tych, którzy konsumują treści w pośpiechu.

Uważam, że nie powinniśmy tego na ślepo wspierać, bo ci, którym najbardziej zależy na wykorzystywaniu tych zasad, to zazwyczaj marketerzy chcący sprzedać jakiś produkt. I tutaj znowu – jeśli mówimy stricte o reklamie, w której jestem dla klienta, a nie realizuję swoich artystycznych zachcianek, bo jestem tu na zlecenie – wówczas wychodzę z prostego założenia: „klient płaci, my robimy – z uśmiechem i najlepiej, jak się da!”.

W końcu, pracując w reklamie, moim zadaniem jest spełnić oczekiwania tej dynamicznej, największej grupy. Ale wciąż uważam, że nie powinno się przy tym wszystkim dać omamić trendom – i że w pierwszej kolejności powinniśmy stawiać na jakościowy całokształt dzieła. Trzeba słuchać tego, co podpowiada nam sumienie i intuicja. Koniec końców i tak najważniejszy jest finalny efekt, z którego mamy być – jako zespół, czyli twórcy – z czystym sumieniem zadowoleni.

W Twoich pracach czuć balans między estetyką a surowością. Jak szukasz tej równowagi — między światem reklamy a autentycznością, między komercją a sztuką?

które szczerze podpowiada mi sumienie. Ten balans, wypracowany w moich pracach, to efekt „tak” od klienta na moje pomysły. Jeśli jednak spotykam się z „nie”, kompletnie się tym nie przejmuję – i nawet jeśli pewne zabiegi stylistyczne w mojej reklamie są wbrew mojej woli, ale klient lub agencja tak woli, mam pełen luz z wykonaniem tego inaczej, niż wedle moich gustów i sumienia.

Uważam, że rolą reżysera jest zbudować jak najsprytniej pomost między swoimi potrzebami artystycznymi a zleceniodawcą. Jeśli nie tworzymy w pełni autorskiego dzieła, jak film pełnometrażowy, to nie powinniśmy być tu zbyt samolubni. Tak samo jak przy tworzeniu teledysku powinniśmy myśleć o tym, jaki wizerunek ma artysta i jak powinien być prezentowany za pomocą naszego klipu – tak w reklamie należy liczyć się ze zdaniem agencji i klienta, który na pewno zna dogłębniej swój produkt i swoich odbiorców.

Czy uważasz, że reżyser XXI wieku musi być też trochę strategiem, producentem, a nawet influencerem? Gdzie dla Ciebie kończy się twórca, a zaczyna marka osobista?

Reżyser XXI wieku powinien niewątpliwie być świadomym producentem, dobrym strategiem i mediatorem, zorientowanym montażystą z pojęciem postprodukcyjnym, empatycznym socjologiem, po części grafikiem, stylistą, osobą z poczuciem humoru, odpowiedzialnym wariatem. Powinien też być wytrzymały na wielogodzinny wysiłek, więc powinien starać się jakkolwiek być aktywnym fizycznie. Najlepiej, żeby był też oswojony ze swoimi uzależnieniami, bo stres potrafi łatwo ciągnąć mózg do ośrodka nagrody. Fajnie też, gdyby nie był egoistą, a najcudowniej – gdyby nie musiał być influencerem, bo to już o jedno zadanie za dużo.

Niech będzie sobą i skupi się na staniu za kamerą. Pchanie się przed obiektyw to już za duża ilość odpowiedzialności i może skończyć się tym, że ta przesadna liczba grzybów w barszczu zmieni się w zupę o nazwie „cringe af”.

Gdybyś miał jednym kadrem opowiedzieć o swoim pokoleniu – co by to było?

Ujęcie z niskiego kąta, przekrzywione o ok. 45 stopni, szerokokątny obiektyw – około 18

Światło nasaturowane, mocne halacje, obraz bardzo szczegółowy – najlepiej 8K! – ale taki, w którym kolorysta i tak nie odmówił sobie nałożenia lekkiego vintage grain’a.

Na obrazku widzimy grupkę osób w moim wieku. Większość z nich patrzy w górę, choć każdy w innym kierunku. Nad nimi gęste korony starych drzew, całe w śmieciach – w jakiś niepotrzebnych rzeczach porozrzucanych po gałęziach, które jeszcze mocniej zasłaniają widoczność. Mimo to, spośród tej chaotycznej gęstwiny widać prześwit na niebo, przez który do środka wlewa się duża ilość światła.

Część z tych osób patrzy w dziury, na niebo, a część fascynuje się tym, co wylądowało na drzewie lub już spadło na ziemię.

Co dla Ciebie oznacza nagroda Crafty SPR Awards – bardziej prestiż branżowy, potwierdzenie własnej wizji, czy impuls do jeszcze odważniejszych projektów?

Nie, dla mnie to jedynie dowód, że ludzie, których lubię i cenię, odwzajemniają te uczucia. A to oznacza, że jestem w dobrym miejscu i robię to, co robię, właściwie. No bo w końcu za wyborem stoją realni ludzie, prawda? Filmowcy, producenci, osoby, które spotkałem lub spotkam w branży. Jeśli tak zadecydowali, nagradzając mnie, to znaczy, że przyszłe projekty najprawdopodobniej będę tworzył wśród adorującego mnie towarzystwa – czy to nie jest zajebista informacja?!

Zawsze chciałem tworzyć i pracować wśród osób, z którymi się lubię, którzy Cię czują i ufają Twoim decyzjom. Taka nagroda to po prostu dowód, że jesteśmy we właściwym miejscu – i że przed nami jeszcze wiele przygód.

W konkursie rywalizowałeś z twórcami, którzy równie mocno przesuwają granice kreatywności. Czy jest coś, co szczególnie zainspirowało Cię u innych twórców?

Dla mnie Nikita Khatsarevitch to totalny soul mate, jeśli chodzi o wkrętę w film. Opowiadał mi kiedyś, że gdy wyjeżdżał z Kijowa w pierwsze dni inwazji Rosji, widział przelatujące rosyjskie samoloty nad głową, które leciały atakować stolicę, podczas gdy on skręcał pęknięte koło przy autostradzie w drodze do granicy. Ktoś powie – tchórz i dezerter – ale dziś Nikita, z pieniędzy zarabianych na sprzedawaniu swojego know-how w postaci masterclassów, robi o wiele więcej pożytku, wysyłając 100% zysków z tych działań na pomoc Ukrainie, niż gdyby biegał na froncie z karabinem.

Uchylił się od naprawdę groźnej sytuacji, uciekając od wojny, by realizować to, do czego naprawdę został stworzony. Sposób, w jaki spełnia swoje artystyczne potrzeby, jest imponujący. Jest zdeterminowany, wyważy każde drzwi, żeby osiągnąć cel i załagodzić twórczy głód. Zawsze wywróci nudę do góry nogami, żeby obudzić w odbiorcy efekt zaskoczenia i nowości.

Całe jego portfolio na Vimeo jest godne uwagi. Globalne projekty, które mu się teraz trafiają, to efekt szczerej pasji i ciężkiej pracy. Cenię osoby, które – tak jak ja – szczerze kochają swój zawód i wiedzą, gdzie są, stąpając po twardym gruncie. Dlatego polecam tego Khatsarevitcha z całego serducha!

 

Tekst: Karolina Siudyla
Zdjęcia: Materiały prasowe

 

 

-->