„Najważniejsze, by w tym szalonym świecie nie zgubić siebie.” – Lila Janowska

Ma wszystko, co potrzebne, by osiągnąć sukces: urok osobisty, charyzmę i autentyczność. Na Instagramie Lili Janowskiej lada moment wybije pierwszy milion followersów. My spojrzeliśmy na nią jak na niezależną syrenę, która w sieci – tej online’owej – czuje się jak ryba w wodzie.

„AKTIVIST”: Lata 2000. to fora, Gadu-Gadu i „Bravo Girl′′, które na dobre znikło z kiosków. Dziś mamy TikToka, podcasty i ChatGPT. Jak myślisz, co straciliśmy, a co zyskaliśmy w tej zmianie?

LILA JANOWSKA: Cieszę, że mogę to obserwować. Oczywiście czasem łapie mnie nostalgia – wracam myślami do „Bravo Girl” i innych magazynów, które zbierałam w ogromnych ilościach. Do dziś żałuję, że zaginęły przy przeprowadzce, bo chętnie sięgnęłabym po nie znowu – choćby po inspiracje. Ale prawda jest taka, że współczesność też ma dla mnie ogromny urok. Dobrze czuję się w tych czasach, w świecie TikToka, podcastów i nowych form komunikacji. To inna energia, ale na swój sposób równie ekscytująca, jeżeli nawet nie bardziej!

„A”: Wasz podcast „Besties”, który prowadzisz z Werką Białek, brzmi trochę jak współczesny pamiętnik z 2005 roku. Sporo w tych rozmowach prywatności i publicznej szczerości. Co daje Ci największą satysfakcję w tym formacie?

L.J.: Inspiracją do stworzenia podcastu była dla mnie kultowa rubryka „Zapytaj Bravo”. Brakowało mi w Internecie właśnie takiego miejsca – bezpiecznego, komfortowego, gdzie można podzielić się swoimi historiami i poczuć się wysłuchanym. Dlatego razem z Werką postanowiłyśmy stworzyć przestrzeń, w której dziewczyny (ale nie tylko, bo piszą do nas również chłopaki) mogą poczuć się tak jak przy rozmowie z najlepszą przyjaciółką o rozterkach miłosnych. Po ponad dziesięciu latach obecności w Internecie nauczyłam się oddzielać życie prywatne od publicznego i uważam, że ta granica jest kluczowa. Trzymanie pewnych spraw tylko dla siebie i bliskich to dla mnie ogromna wartość. Czy to współczesna forma bycia aktywistką? Może tak, choć nie lubię szufladkowania. Najważniejsze było dla nas stworzenie przestrzeni dla innych, w której można być sobą i poczuć się zrozumianym.

„A”: Jednym kojarzysz się z podcastem, innym z modą Y2K. Co z tych lat jest dla Ciebie ponadczasowe i co przemycasz w fitach, a które trendy odpuszczasz?

L.J.: Uwielbiam wracać do kultowych zdjęć Britney Spears, Rihanny czy Paris Hilton – to były absolutne ikony początku lat dwutysięcznych. Estetyka Y2K jest dla mnie bardzo dziewczęca, kolorowa i słodka, uwielbiam inspirować się tymi czasami. Nie ukrywam – w szafie mam naprawdę różne rzeczy, bo lubię bawić się modą i zmieniać swój „skin” każdego dnia. Choć mam ogromny sentyment do tamtej estetyki, równie mocno fascynuje mnie obserwowanie, jak moda ewoluuje i jak różne style można przetestować na sobie. Dla mnie zawsze była przede wszystkim funem – przestrzenią do eksperymentowania, a nie sztywną ramą.

„A”: Wspomniałaś o Paris, Britney, Rihannie. To te gwiazdy kształtowały Twoje poczucie stylu?

L.J.: One były moimi ikonami od zawsze! Obserwowałam ich kariery, można faktycznie powiedzieć, że kształtowały moją wyobraźnię i poczucie stylu. A oglądałeś dziewczęce komedie i seriale z tamtych lat? Kochałam je! Jak zresztą wszystko, co było częścią ówczesnej popkultury. Pochłaniałam w całości gazetki, muzykę, filmy. Miałam wrażenie, że zawsze wiem o tym jako pierwsza. Najmocniej inspirowała mnie właśnie amerykańska popkultura. Pamiętasz te czasy? Ten świat wydawał się wtedy największym marzeniem!

„A”: W sieci followują Cię dorastające dziś dziewczyny. Co chciałabyś im powiedzieć, a czego sama nie usłyszałaś w odpowiednim momencie?

L.J.: Girls, zawsze bądźcie sobą! Róbcie to, co naprawdę kochacie, i nie oglądajcie się na hejt czy opinie innych. Kiedy ja zaczynałam, social media były czymś nowym, przez co często czułam się niezrozumiana. Dziś obecność w Internecie jest dużo bardziej powszechna i oswojona. Wiem jednak, że wciąż to duża odwaga, żeby iść swoją drogą. Moja rada: nie bójcie się autentyczności!

„A”: Można powiedzieć, że sukces dzisiaj mierzy się zasięgami i liczbą followersów. A czym jest dla Ciebie?

L.J.: Nie powiedziałabym, że sukces sprowadza się do liczb i zasięgów. Najważniejsze jest to, żeby w całym tym szalonym świecie nie zgubić siebie i być wiernym swoim wartościom. Mam jasne granice – rzeczy, których nigdy bym nie zrobiła, niezależnie od tego, ilu followersów czy pieniędzy mogłoby mi to przynieść. Sukces to dla mnie raczej życie w zgodzie ze sobą i robienie tego, co naprawdę kocham. To daje mi poczucie spełnienia.

„A”: To, co bardzo mi się podoba w Twoim contencie, to autoironia zmiksowana z autentycznością. Ten dystans jest dla Ciebie ważny?

L.J.: Uważam, że nigdy nie można brać siebie zbyt serio, bo to od razu daje innym przestrzeń, żeby nas zranić. Potrafię śmiać się z własnych wpadek i myślę, że moi bliscy doskonale wiedzą, że to część mojej osobowości. To też widać w moich treściach – nie gram żadnej roli, po prostu jestem sobą. Autentyczność to dla mnie podstawa, bo Internet szybko weryfikuje fałsz.

„A”: Twoja autentyczność mnie kupiła! A unboxingi z Vinted? Spędziłem dwie godziny, oglądając, jakie perełki wyszukałaś.

L.J.: Jestem totalnie zakochana w modzie i wszystkim, co się z nią wiąże. Uwielbiam testować na sobie różne estetyki, dlatego siłą rzeczy pojawia się u mnie sporo zakupów (śmiech). Trochę na tym opiera się też mój content, bo wiem, że obserwatorki moich kont lubią oglądać takie treści. Super jest to, że przy okazji mogę o nich opowiadać i dzielić się inspiracjami. No i nie ma co ukrywać – każda dziewczyna lubi ten moment otwierania czegoś nowego. To czysta przyjemność, która świetnie wpisuje się w mój sposób opowiadania o modzie i lifestyle’u.

„A”: Patrząc wstecz na swoją karierę, co zrobiłabyś inaczej? Masz radę dla dziewczyn, które dopiero zaczynają?

L.J.: W sumie to nie zmieniłabym nic. Nie mam rzeczy, których bym żałowała lub się ich wstydziła. Uważam, że to samo w sobie jest dużym osiągnięciem po tylu latach w Internecie. Dziś mogłabym wrzucić moje dawne treści i nadal uważam, że są ok. Na pewno coraz trudniej jest się wybić, bo konkurencja jest ogromna. Ale wierzę, że dobry pomysł, przekazywanie czegoś fajnego i autentyczność to klucz do sukcesu. Moja rada dla dziewczyn, które zaczynają, jest prosta: nie czytajcie hejtu i skupiajcie się na tym, co kochacie robić.

„A”: Gdybyś miała napisać własny „manifest” dla młodych dziewczyn, to jakie trzy zasady by się w nim znalazły?

L.J.: Kolejno: opinia innych nie jest prawdą o Tobie, nie musisz być perfekcyjna, żeby być wystarczająca, rób to, co kochasz – nawet jeśli nikt tego nie rozumie.

„A”: Wkurzają Cię media plotkarskie, które rozpisują się o Twoim związku? Czy zupełnie się tym nie przejmujesz?

L.J.: To chyba za duże słowo. Bardziej mnie to bawi niż złości. Staram się nie czytać wszystkiego, co się o mnie pisze, bo szkoda na to energii. Zazwyczaj podchodzę do tego z dystansem – w końcu plotki to część naszego świata. Nie mają one wiele wspólnego z moim prawdziwym życiem.

„A”: Gdzie zmierza Lila Janowska? Jakie są Twoje plany?

L.J.: Trzymam je w ścisłym sekrecie, ale mogę zdradzić jedno – będzie się działo. Aktualnie pracuję nad kilkoma projektami, które są dla mnie bardzo ekscytujące. Nie chcę jeszcze odkrywać kart, bo lubię element zaskoczenia. Obiecuję, że jest na co czekać.

 

SFX: Magdalena Osowska, Kajetan Wójcik / Scenografia: Aurelia Czaplicka
Stylistka: Zuza Gontarczuk / Makijaż: Weronika Białek
Stylistka fryzur: Agnieszka Ejmocka / Produkcja: Marta Wilk / Valkea
Tekst: Rafał Kruhlik

Sesja okładkowa została zrealizowana smartfonem Samsung Galaxy S25 Ultra

 

-->