Wyobrażam sobie, że tak właśnie było. Klub w angielskim robotniczym mieście a w nim czterech kudłaczy grających bluesa w trochę inny sposób niż to do tej pory robiono. Dzwony, biała koszula, zarośnięta gęba.
Szatan i ciężka atmosfera.
W Hydrozagadce było tak samo. Nie ważne, że 40 lat później i w kraju, który w czasach świetności rocka znajdował się w kompletnie innej rzeczywistości. Okazało się, że nie trzeba płacić kilkuset złotych, żeby na żywo zobaczyć ledwie ruszające się Black Sabbath. Są ludzie, którzy rozgryźli gatunek do tego stopnia co van Meegeren styl holenderskich malarzy i naprawdę ciężko chwilami odróżnić to co robi Uncle Acid and the Deadbeats od mistrzów wszechczasów z Birmingham.
Co ważne nawet pomimo mocno klimatycznego outfitu nie ma tu mowy o cyrku w stylu zespołów przebierających się za klasyków i starych dziadów malujących gębę jak faceci z Kiss. Zeszłoroczny koncert na Offie zagrany przy prawie 40 stopniowym upale był dobry, ten niedzielny w Hydro był już doskonały. Może pomogło otrzaskanie na dużej trasie koncertowej u boku legendy? A może po prostu rzeczywiście ciemność i tłok najlepiej pasuje do takiego grania?
Była przekrojowa setlista, przeboje i nawet ze dwa nudne momenty, żeby nie było za cukierkowo. Szkoda też trochę, że zagrali tak mało z debiutu, ale chyba jeszcze bardziej szkoda , że w kalendarzu nie mamy 1969 roku.
