– Nie chcemy robić hipsterskiego festiwalu ani pokazu cepeliady. Najbardziej zależy nam na tym, żeby wskrzesić atmosferę sobotniego targu, którą pamiętamy z dzieciństwa, kiedy przychodziłyśmy na miejski plac, żeby poprzebierać w ciuchach czy wyszperać wymarzoną kasetę – deklarują organizatorki krakowskich Targów Rzeczy Fajnych, których trzecia edycja wystartuje dzień po mikołajkach
Zaczęło się – jak to w często w przypadku genialnych idei bywa – od kawy. #MarynaHobrzyk, absolwentka krakowskiej ASP i #KarolinaZięba, dyplomowana filmoznawczyni, obie rocznik ’87, siedziały pewnego czerwcowego przedpołudnia w jednej z kawiarni na krakowskim Kazimierzu. Karolina od roku prowadziła swoją markę modową crl.store i stała się bywalczynią krajowych targów od Warszawy po Łódź. Maryna niedawno wróciła z półrocznej wyprawy do Indii, gdzie pracowała, a po godzinach pisała bloga M On The Road, zajmowała się fotografią i rozmyślała o własnym biznesie.
Impulsem do działania stała się rozmowa dziewczyn, podczas której #Maryna stwierdziła, że nie ma gdzie w Krakowie pokazać swoich zdjęć. Koleżanki razem doszły do wniosku, że przez najbliższe miesiące rzeczywiście w ich mieście nie będzie wielu okazji, które pozwoliłyby lokalnym artystom, dizajnerom, projektantom i rękodzielnikom wyjść ze swoimi pracami z ukrycia. Pomysł, żeby wobec tego zorganizować targi na własną rękę, pojawił się od razu. A ponieważ rozmowa odbywała się w miejscu z widokiem na #PlacNowy, nie miały wątpliwości, gdzie je zorganizować.
Kawa, gromnice i spódnice
Dziewczyny nie zarzuciły pomysłu i następnego dnia zapukały do drzwi zarządców placu. Jak same przyznają, organizacja pierwszej edycji, która odbyła się na Placu Nowym 20 lipca, była dla nich – zupełnych targowych debiutantek – niezłym sprawdzianem. – Zdarzały nam się zgłoszenia z kosmosu. Dostałyśmy na przykład ofertę od firmy, która produkuje gromnice – śmieje się Karolina. – Ale były też historie wzruszające. Napisała do nas na przykład dziewczyna, której mama zajmuje się domowym rękodziełem. Chciała jej pomóc „zaistnieć” – dodaje Maryna. – Potem były wątpliwości, czy w ogóle ktoś przyjdzie. Najbardziej stresujący był jednak sam dzień targów. Mimo że wystawcy byli nastawieni bardzo pozytywnie, musiałyśmy stawić czoła różnym problemom logistycznym, czyjemuś niezadowoleniu – opowiadają.
Inicjatywa zakończyła się jednak sukcesem – dziewczyny przyznają, że same były zaskoczone, jak sporym. – Znajomy, który mieszka w Londynie, powiedział mi, że miał takie wrażenie, jakby trafił do pełnego kramów i warsztatów Portobello – opowiada Maryna, a #Karolina tłumaczy: – Okazało się, że wielu wystawców znało się z innych targów, więc przyjacielska atmosfera stworzyła się sama. Odwiedzający zajadali się hummusem, próbowali czekoladek, popijali świeżo parzoną kawę, przymierzali ubrania, torby, biżuterię, wpadali na znajomych i znajomych znajomych, rozmawiali ze sobą. Właśnie o to chodziło!
Lokalnie, czyli fajnie
Dziewczyny nie mają wątpliwości, że Kraków wciąż jest świetnym miejscem na rozkręcanie podobnych inicjatyw. – W Warszawie co tydzień się coś dzieje, tutaj dopiero zaczyna – mówią. Szybko przekonały się więc o sile starej dobrej poczty pantoflowej, ale zainteresowanie najnowszą, trzecią edycją targów przeszło ich najśmielsze oczekiwania. #21.10 okazał się dniem fenomenem – jak przyznają, zgłoszeń przyszło wtedy więcej niż do całej pierwszej edycji. Karolina i Maryna dbają jednak o to, żeby targi zachowały swój kameralny charakter. Rozwijają się i rosną w siłę, ale nie chcą mnożyć liczby wystawców w nieskończoność. Są za to zainteresowane poszerzeniem pola swojej działalności. – Ciekawe warsztaty czy pomysły na animowanie odwiedzających są bardzo mile widziane – zachęcają do współpracy.
Istotny jest też dla nich lokalny wymiar przedsięwzięcia. Nie oznacza to, że wystawcy spoza Krakowa są bez szans. – Przede wszystkim liczy się jakość propozycji. #Impreza skierowana jest do artystów, dizajnerów i każdego, komu temat projektowania jest bliski. Ale nie ograniczamy się wyłącznie do sztuki użytkowej: biżuterii, ubrań czy dodatków – zastrzegają organizatorki. – Wydarzenie ma być pretekstem do wspólnego spotkania dla twórców malujących, fotografujących, drukujących, lepiących, projektujących czy szyjących, ale także tych gotujących czy serwujących świetną kawę – wymieniają jednym tchem. – Staramy się też rotować wystawców, bo lubimy sprawiać naszym gościom niespodzianki – deklarują.
Główną niespodzianką pierwszej zimowej edycji Targów Rzeczy Fajnych będzie zmiana lokalizacji. W związku z nieżyczliwą grudniową aurą #Karolina i #Maryna zdecydowały się przenieść imprezę z Placu Nowego do zadaszonych i przytulnych przybytków na krakowskim Zabłociu, czyli klubu Bal i coworkingowej Wytwórni. Zapewniają jednak, że to rozwiązanie sezonowe, bo marzy im się, by wydarzenie na stałe wpisało się w kulturalny obraz Placu Nowego i zyskało status cyklicznej imprezy, integrującej lokalną społeczność oraz codziennych sprzedawców z artystami i dizajnerami. – Ma to swój urok. W dzień targowy wystawiamy się na przykład obok pań sprzedających warzywa czy sery. Niektórzy z odwiedzających #TRF myślą, że też są „nasze”, a zdjęcia ich straganów pojawiają się w fotorelacjach z Targów – śmieją się dziewczyny.


