Erotiki Murakami, czyli historia kilku momentów

Nie ma co się oszukiwać. Po książki Haruki Murakamiego zwykle sięgałam z pobudek erotycznych. Nikt, tak jak Japończyk nie potrafił opisać pocałunków, pieszczot i zbliżeń. Na granicy perwersji, plastycznie i zmysłowo. Najnowsza książką kandydata do Nobla nie zawiedzie tych, którzy szukają erotycznych dreszczyków. Dzieje się we śnie i na jawie. Czasem nawet ostro. Tylko co z tego. Od przygód mamy życie, od książki chciałabym coś więcej, bo o pocałunkach wiem już prawie wszystko.

“Bezbarwny Tsukuru Tazaki i jego lata pielgrzymstwa” do złudzenia przypomina poprzednie książki popularnego w Polsce autora. Tu też mamy młodych ludzi, grupę przyjaciół, trochę seksu, trochę tajemnic i historie na granicy jawy i snu. Bohaterem najnowszej powieści, do której prawa zostały wykupione za rekordową dla Muzy sumę, jest Tsukuru, który cierpi na bezbarwność. Nie ma dziewczyny, jego jedyną pasją są dworce kolejowe a dni upływają mu na pracy i sporcie. Z pozoru jego życie wydaje się nudne i bezbarwne właśnie. Tylko z pozoru, bo w chłopak nosi w sobie tajemnice, w którą wplątani są jego przyjaciele z dzieciństwa. Książka, która spokojnie mogłaby być dłuższym opowiadaniem, jest historią o odrzuceniu, szukaniu siebie i dojrzewaniu.

Brzmi banalnie? Niestety tak jest. “Bezbarwny Tsukuru Tazaki” przepełniony jest lukrowanymi aforyzmami i mądrościami do złudzenia przypominającymi te, którymi raczy nas Paulo Coelho. Mimo jednak nieco taniej estetyki, nie jest to książka zła. Trzyma w napięciu i pozwala czytelnikowi przyjrzeć się japońskim obyczajom i kulturze. Dodatkowym walorem powieści Murakamiego jest charakterystyczny dla niego styl, który balansuje między jawą a snem. “Bezbarwny Tsukuru Tazaki” pełen jest niedopowiedzeń. Historie rozmywają się, rozmowy z przeszłości wracają nieproszone a sny są bardziej niż realistyczne. Niewątpliwie jednak mimo kilku zalet “Tsukuru Tazaki” to książka raczej dla fanów pisarza, niż dla tych, którzy nie mogli przekonać się do Murakamiego. Japońska maniera, która każdą porażkę zamienia w największy ból świata a drobną namiętność w wielką miłość, na dłuższą metę jest ciężka do wytrzymania. Można kartkować dla “momentów” albo sobie podarować. Można też komuś podarować, bo podobno Polacy kochają Murakamiego. Jak kochają, to wybaczą. W końcu nie taki Tsukuru straszny.

Dodaj komentarz

-->