Pedro Almodóvar to znawca kobiecych dusz, który jak nikt inny we współczesnym kinie potrafi zrozumieć ich emocje i myśli. Ten frazes – sugerujący, że istnieje manufaktura, gdzie składa się tę uniwersalną kobiecą duszę (zapewne męskimi rączkami) – jest odmieniany przez wszystkie przypadki przy okazji premiery każdego nowego filmu Hiszpana. Nie inaczej będzie w przypadku „Juliety” – tym razem kobiety powinny się jednak obrazić na autorów tych słów, z kina zaś wyjdą ze wzruszeniem ramion.
Tytułowa bohaterka pewnego dnia wpada na przyjaciółkę córki, co w okamgnieniu burzy jej spokój. Julieta krąży po mieście z opuchniętymi oczami, cierpi prześladowana widmami przeszłości, ale nigdy nie zapomina o modnym płaszczyku. Porzuca dotychczasowe życie i zamknięta w czterech ścianach długie listy pisze. Adresatką jest córka, która zerwała kontakty z matką, bo ta ciągle cierpiała prześladowana widmami przeszłości. Krąg tragicznych okoliczności zaciska węzeł na szyi Juliety.
Każdy obraz Almodóvara łatwo sprowadzić do takiego absurdalnego streszczenia, ale dotychczas zawsze potrafił on obudować szkielet rodem z telenowelowych klisz filmowymi mięśniami. Emancypował inność, kamerę zwracał ku tym, którzy u innych twórców byli co najwyżej humorystycznym ozdobnikiem, niepokoił moralną niejednoznacznością, wywracając oczekiwania widzów na nice. Tym razem reżyser zaskakuje jedynie ciężką ręką – melodramatyczna narracja z offu nuży, a liczba tragedii co prawda imponuje, ale w żaden sposób nie angażuje. „Julieta” to mamiące kolorami pozłotko, w którym atrakcyjni aktorzy miotają się w atrakcyjnych wnętrzach. Po seansie pozostaje wrażenie, że jedynym przykuwającym uwagę bohaterem z krwi i kości w „Juliecie” jest wygenerowany komputerowo jeleń.
Julieta
reż. Pedro Almodóvar
obsada: Emma Suárez, Adriana Ugarte, Darío Grandinetti, Rossy de Palma
Hiszpania 2016, 96 min
Gutek Film, 2 września
FILM
2A!

