Pogłos: Selector Festival

Parapetówa z okazji przeprowadzki Selectora z Krakowa do stolicy okazała się naprawdę huczna.

Na miejsce przybyliśmy dość mocno spóźnieni (nie udało się nam zobaczyć #Archive, ale traktujemy to raczej jako sukces) i po szybkim zapoznaniu się z festiwalową infrastrukturą popędziliśmy pod główną scenę, gdzie zastaliśmy Jamesa Blake’a.

blake

#JamesBlake to miły, dobrze ułożony chłopak. Obce mu są zagrywki w stylu Jamiego Lidella, który mimo że od twardych technicznych brzmień odszedł na rzecz post-Prince’owskiej, soulowej eksperymentalistyki, nadal na koncertach potrafił siać popłoch wśród publiki natłokiem zgrzytów i trzasków nabijających równe tempo 4/4. Złote dziecko future-garage’owej wokalistyki nie testuje limitu miłości swoich fanów i daje im na żywo dokładnie to, czego oczekują. Młodociane (przynajmniej duchem) dziewczęta i wyzbyci cynizmu faceci (pozdrawiamy naszego byłego rednacza) drżą pod sceną prowadzeni łagodnym acz mocnym głosem Brytyjczyka, w czym pomaga im basowa podściółka – zdawałoby się zupełnie niefestiwalowych – introwertycznych ballad. Dopiero jednak na dobrze wysterowanym, liniowym nagłośnieniu producenckie umiejętności Jamesa (i Briana) mają szansę ujawnić pełnię swojej głębi i siły. To, co w radiu zdaje się być miękkie, na żywo pokazuje pazur (wprawdzie raczej taki od manicurzystki, ale zawsze); to, co w słuchawkach jest melancholijne, okazuje się być również taneczne; to, co brzmi z początku jak pop, może się okazać bliższe techno. A jednocześnie jest to wszystko wciąż nad wyraz ładne, świetnie zagrane i zaśpiewane. Czego nie można powiedzieć o występie #TheKnife.

IMG_1850BB

Celowo nie używamy słowa „koncert”. Nie jesteśmy też pewni czy Karin i Olof faktycznie pojawili się na scenie, ale równo o północy zjawił się na niej ubrany w jaskrawe ciuchy brodacz (a może brodaczka?), który przeprowadził piętnastominutową… sesję aeorobiku. Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi, endorfiny same przemówiły, a my zostaliśmy skutecznie rozgrzani przed spektaklem, który rozpoczął się chwilę później. I w zasadzie od pierwszych dźwięków, zbyt perfekcyjnych jak na panujące warunki akustyczne, wiadomo było, że będziemy mieli do czynienia z szopką. Sami „muzycy” szybko jednak przestali udawać, że faktycznie grają na instrumentach (które zresztą nie były do niczego podłączone) i skupili się na szamańskich tańcach i wizualnych fajerwerkach, którymi kupili nas w zasadzie od razu. Wszystkie te popisy nie były jedna beztreściowymi zgrywami. Przeciwnie, uwypuklały genderowe i społeczne wątki, o których zespół najchętniej mówi w wywiadach. Nie można też zapomnieć o nazwie widowiska: #ShakingtheHabitual. #TheKnife powzięli bowiem za cel wytrącenie ludzi z przyzwyczajeń, rozwiewjając ich marzenia o usłyszeniu największych hitów. W zamian zaproponowali wcale nie gorszy produkt – niezwykle ciekawy i zmuszający do refleksji nad naturą muzyki spektakl. Podziwiamy organizatorów za uczynienie z tak ryzykownego przedsięwzięcia najważniejszego wydarzenia festiwalu.

IMG_1571BB

I tylko od kiedy przestaliśmy tańczyć, kołaczą nam się po głowie wszelkie możliwe wątpliwości, bo słowo „produkt” wydaje się być tu kluczowe, a z antykonsumpcjonistyczną, rewolucyjną wymową albumu gryzie się ono jak śpiewanie z robieniem mostków. Wywrotowość równouprawnieniowych i socjalizujących haseł w kontekście kraju pochodzenia rodzeństwa #Dreijer wydaje się być nieco wątpliwa, a odbywające się przy wtórze playbacku rozbuchane taneczne wygibasy od dekad już w trakcie swoich koncertów prezentuje Madonna i jej mainstreamowe córy, które nad umiejętności wokalne przedkładają pirotechnikę. No cóż, że ze Szwecji – powie ktoś teraz pewnie w obronie nożowników, a ich spektakularne show otoczy murem odpierającej owe zarzuty alternatywności czy genderowości. LGBT nie wprowadza jednak danego dzieła w obieg sztuki niemożliwy do oceny. Bez względu na to czy podparte autorytetem Foucaulta czy nie, „Shaking the Habitual” wydaje się być bliższe filmom Almodovara niż Jarmana – przyprawioną szczyptą „trudnych” tematów, dobrą rozrywką skrojoną pod masowego widza, a nie godzącym w establishment głosem niezgody na nierówność i niesprawiedliwość.

IMG_1673BB

Drugi dzień zaczęliśmy nieco wcześniej, bo o dwudziestej. Wtedy na głównej scenie dla dość wątłej grupy festiwalowiczów zagrali #FactoryFloor. Brytyjskie trio pojawiło się w Warszawie na dwa dni przed premierą swojej przygotowywanej przez prawie trzy lata debiutanckiej płyty. Transowe, inspirowane industrialem spod znaku #ThrobbingGristle kompozycje rozwijały się powoli (zespół zagrał pięć numerów w godzinę), ale cierpliwość się w tym wypadku opłaciła. Wiercące dziurę w głowie, nieprzyjemne dźwięki zestawione z niezwykle błyskotliwą grą na perkusji i vocoderowymi odjazdami wokalistki #NicVoid nie były może skierowane do wszystkich, ale zostały wyjątkowo ciepło odebrane przez zgromadzoną pod sceną grupę. Kolejny plus za niekonwencjonalny, ale wyjątkowo celny ruch na tym festiwalu.

Ci z nas, których nieco zmęczyło combo Throbbing Gristle, #Ulterior i #TheOrb, pobiegli w kierunku sceny magenta, by zobaczyć najlepszych chyba reprezentantów krajowej sceny elektronicznej, czyli Rebekę. Oczywiście widzieliśmy ich wcześniej kilkakrotnie, w końcu są częstymi gośćmi (nie tylko) stołecznych klubów, ale dźwięk, za który organizatorom należą się brawa, dodał koncertowi co najmniej 20 punktów na starcie. Piękny, plastyczny głos Iwony miał szansę zabrzmieć tak, jak na to zasługiwał. Potęga. I tylko smuteczek ogarnął nas lekki, kiedy po wybrzmieniu doskonałego skądinąd „Stars” rozpoczął się masowy odwrót od sceny – warto było ich posłuchać do końca, kiedy wyciszali emocje jeszcze dwiema nostalgicznymi kompozycjami.

Jessie Ware, czyli nowa ulubiona gwiazda nadwiślańskiej hipsterki kocha swoich fanów tak samo gorąco, jak oni ją. Mówiła o tym nie tylko pełna niebieska scena, ale też całuski miłostki i cukiereczki, sypiące się ze sceny podczas tego doskonałego skądinąd występu. Kartki i prezenty były pretekstem do przemów i wyznań Jessie, która w końcu powiedziała kiedyś #AnnieMac, że nawet jeśli jej kariera w UK się załamie, zawsze będzie mogła grać w Polsce, bo właśnie tu ma najwierniejszą publikę na świecie. Casus #Archive? Na szczęście to jedyny punkt styczny, brrr.

Tuż przed sobotnim finałem, czyli występem #M.I.A., w różowym namiocie pojawił się najbardziej chyba kuriozalny skład tegorocznej edycji czyli #WhenSaintsGoMachine Kuriozalny, bo przecież każdy z muzyków wyglądał kompletnie inaczej, począwszy od klawiszowca Jonasa Kentona, prezentującego się jak tajski pracownik firmy IT po delikatnego wikińskiego wojownika, Nikolaia Vonsilda. Z blond włosami do pasa, w czarnych rurkach wyglądał jak wcielenie młodego Vikernesa vel #Burzum, tyle że tak wrażliwego, jakby jego przodkowie podczas wypraw łupieskich zajmowali się nie gwałceniem i plądrowaniem, a szydełkowaniem i pisaniem poezji. Kiedy jednak zamknęło się oczy, można było popłynąć (niekoniecznie drakkarem) przez niezmierzone przestworza najlepszego hipsterskiego r’n’b w Europie.

Nie kupiliśmy natomiast występu, na który zasadzaliśmy się chyba najbardziej. Koncert M.I.A. okazał się nie tylko najgorzej nagłośnionym, ale też najbardziej pretensjonalnym show drugiego dnia festiwalu. Było jakoś nudno, męcząco, a najciekawsze z tego wszystkiego były kiczowate mandale wyświetlające się w tle nad sceną, tak inne od standardów, do których zdążyliśmy przywyknąć

Dodaj komentarz

-->