Musimy porozmawiać o kinie

O ile pierwszą „Machinę” kupowałem w miarę regularnie, o tyle po “Politykę” czy „Życie Warszawy” sięgałem z rzadka, zwykle tylko dla kilku szpalt rozmów z jakimś zagranicznym filmowcem. Pamiętam jak inspirujące były dla mnie wówczas wypowiedzi #Cronenberga czy #Jarmuscha, a do dziś w dyskusjach o demokracji w #Rosji zdarza mi się cytować fragment opinii Andrieja Konczałowskiego, który w przeciwieństwie do brata nie jest wiernopoddańczy wobec rządu Putina, ale wolność w swojej ojczyźnie postrzega raczej w kategoriach zagrożenia niż szczęścia.

Dopiero książka #Reżyserzy, zbierająca publikowane w różnych miejscach wywiady #JanuszaWróblewskiego, uświadomiła mi, że większość tych rozmów przeprowadziła jedna osoba. I choć z zawartymi we wstępach opiniami zasłużonego krytyka i publicysty nie zgadzam się często ani na jotę, to jego zdecydowane sądy pozwalają mu wydobyć z dyskutantów pokłady rzadko spotykanego w wywiadach zaangażowania i entuzjazmu lub też… zakończyć audiencję. Nad fascynującymi opowieściami o tym, jak pracuje z aktorami Mike Leigh, w jaki sposób działa hollywoodzka machina, której trybem przez lata był #MichaelCimino, czy też jakie emocje naprawdę budził #KlausKinski w Wernerze Herzogu, góruje jeden ton: wysokie C. Nieważne, czy rozprawiają o sztuce, wierze czy sytuacji społeczno-ekonomicznej – większość przepytanych przez Wróblewskiego twórców przekonana jest o swojej nieomylności i monopolu na prawdę. I o ile ich spostrzeżenia i opinie nadal są motywujące i zmuszają do refleksji, o tyle sposób ich wypowiadania stanowi dla mnie raczej przestrogę. Okazuje się, że plan filmowy jest w pewnym sensie podobny do Rosji – nietrzymany za pysk, rozłazi się w szwach.

Dodaj komentarz

-->