Podsumowanie Nowych Horyzontów. 3 intrygujące filmy festiwalu

Tygrys w wieżowcu, koreańska zemsta na systemie i Ferrara składający hołd Nowemu Jorkowi. Filip opisuje 3 filmy, które wpadły mu w oko na niedawno zakończonym festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty.

„Ming z Harlemu”
reż. Phillip Warnell

„Pure love, baby, pure love” – z natchnieniem godnym soulmana, zakuty w kajdanki, wytatuowany Afroamerykanin odpowiada dziennikarce stojącej w gęstym szpalerze głodnych sensacji reporterów. Owym aresztowanym jest mieszkaniec Harlemu Antoine Yates, a pytanie brzmiało: „Dlaczego przez tyle lat trzymałeś w mieszkaniu tygrysa i aligatora?”. Ten wyimek z telewizyjnych wiadomości stał się dla Brytyjczyka Phillipa Warnella punktem wyjścia do zastanowienia się nad relacjami łączącymi ludzi i zwierzęta. W zrealizowanej w tradycyjnym języku dokumentu części wprowadzającej reżyser stawia szereg pytań o wzajemne zależności, układy i stosunki władzy panujące przez lata na 21. piętrze jednego z nowojorskich bloków. Zależności, układy i stosunki, w których – choć w przypadku tej historii doprowadzone są one do ekstremum – ludzkość egzystuje od zawsze. Kiedy już mamy nadzieję dowiedzieć się, skąd owe zwierzęta się w ogóle w mieszkaniu Yatesa wzięły i skąd brał on pieniądze, by zaspokoić ich ogromne apetyty, Warnell pozostawia nas na pół godziny samych w mieszkaniu z prawie 300-kilogramowym tygrysem i kilkumetrowym aligatorem. Wtedy dopiero mamy czas zastanowić się nad łatwością osądów, siłą przyzwyczajeń i mocą słów osiedlowego doktora Dolittle – jak nazywali go mieszkańcy lokalnej społeczności. „Gdyby Ming i Al (jakżeby inaczej) potrafiły sobie otworzyć zamki, zasuwy i drzwi, miałyby prawo chodzić po mieście tak jak ja”. Zwierzęta wylądowały bowiem w klatce – podobnie jak ich opiekun – dopiero, kiedy do mieszkania weszła policja, a co się stało z nimi później – mimo usilnych prób – nie udało się dowiedzieć nawet Yatesowi. Po odsiedzeniu sześciu miesięcy za stwarzanie zagrożenia życia, z tęsknotą i smutkiem radzi on sobie, pracując nad powstaniem pierwszego prywatnego ogrodu zoologicznego prowadzonego w Stanach przez Afroamerykanina. Teraz zapewne ma w pamięci to, że w „dzisiejszym świecie nie istnieje już właściwie coś takiego jak prawdziwa dzicz”, to, że „zwierząt nie należy zamykać”, i to, że tygrys – koniec końców – po latach jednak go ugryzł.

„Spod ciemnej gwiazdki”
reż. Abel Ferrara

Ostatni z nowojorskich filmów Abla Ferrary to swoiste posłowie do realizowanej przez lata, celuloidowej kroniki rozpadu i gnicia Wielkiego Jabłka. Postscriptum dla tak ważnych, dobrych złych filmów jak „Król Nowego Jorku”, „Pogrzeb” czy „Zły porucznik”. „Spod ciemnej gwiazdki” mogłoby służyć za wzór z Sèvres sensacyjnej estetyki rodem z osiedlowych wypożyczalni kaset. Historia pary, która bożonarodzeniowy czas musi dzielić pomiędzy świąteczne zakupy i handel… narkotykami, została nakręcona w kluczowym dla metropolii okresie przejściowym. U progu kadencji burmistrza Rudolpha Giulianiego, który wprowadził prawo „zerowej tolerancji” i wysprzątał miasto, nie zważając na środki, Nowy Jork stanowił jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na ziemi – przeżarte przestępczością i korupcją, skupiające jak soczewce ludzkie przywary. Gdyby jednak sam reżyser nie pojawił się po pokazie na sali, by omówić pewne aspekty swojego „dzieła”, ta wigilijna przypowieść nie zyskałaby w moich oczach należnego jej miejsca. Ani grający rasistowskiego policjanta Ice-T, ani sceny działkowania towaru pod choinką, ani monotonny soundtrack autorstwa Schooly’ego D nie wyrastają ponad telewizyjną estetykę kina klasy B. Kiedy jednak Abel Ferrara z wrodzoną mu dezynwolturą zapytał retorycznie: „Co dobrego zrobił swoimi filmami dla własnego miasta?”, zastanowiłem się nad „Spod ciemnej gwiazdki” raz jeszcze. Wspominając kontekst powstawiania filmu, jego reżyser opowiedział o tym, że grający w nim główną rolę Lillo Brancato, Jr. kilka lat później odsiedział dziesięć lat za udział w morderstwie policjanta, zwrócił uwagę na to, kto z grających w filmie naturszczyków był jego dilerem, wskazał miejsca, w których gangsterskie porachunki rozgrywały się nie tylko na celuloidowej taśmie. Zacierając granicę pomiędzy opartą na faktach, fikcyjną fabułą a cinéma-vérité stworzył swego rodzaju epitafium dla nowojorskiego etapu swojej twórczości, a jednocześnie oddał hołd miastu, którego już nie ma; którego – na szczęście – już nie ma.

„Jeden na jednego”
reż. Kim Ki-duk

Zapowiadany w programie festiwalowym jako „najbardziej brutalne dzieło w dorobku koreańskiego twórcy” najnowszy film autora takich niestroniących przecież od przemocy obrazów jak „Krokodyl” czy „Pieta” z pozoru może się wydać kolejnym azjatyckim revenge movie. Kilku facetów morduje bogu ducha winną – jak możemy przypuszczać – młodą dziewczynę, za co spotyka ich zasłużona kara. A że śmierć dla ludzi zadających ją z zimną krwią wydaje się wyrokiem zbyt łaskawym, to cały film staje się przeglądem wszelkich możliwych narzędzi tortur: od tak lubianego na Dalekim Wschodzie młotka po agregat i butlę z gazem. Wszystkie te sceny zadawania bólu, nawet razem wzięte, nie są jednak tak dotkliwe jak porcjowanie ryby w pamiętnej „Wyspie” z 2000 roku. Bo choć krew się leje i ofiary zwijają się w cierpieniach, to wszystkie są przez oprawców „odgrywane” – pod wodzą jedynego pewnego swoich racji herszta mszczącej się bandy, przebrani w kostiumy „zwykli” ludzie miotają się i szarpią w swoich rolach. I o rolach właśnie – po raz wtóry odchodząc od poetyckości na rzecz rozprawy o ideach i koncepcjach – opowiada w „Jeden na jednego” Kim Ki-duk. Tezy, spostrzeżenia i wnioski, które na temat odpowiedzialności, kontroli czy władzy udało mu się zawrzeć w filmie, skłoniły mnie, by raz jeszcze zastanowić się nad tym, czy to właśnie w takiej estetyce nie da się o świecie powiedzieć więcej niż w nadętym, hermetycznym języku arthouse’ów. Podobnie jak Cronenberg prowadzący swoje kulturoznawcze analizy rozwoju technologii w sztafażu tandetnego kina sci-fi, Kim Ki-duk biorąc na warsztat revenge movie, wszedł w dyskurs z socjologami, politologami i innymi badaczami zajmującymi się relacjami jednostki z systemem. W pobocznych wątkach Koreańczyk porusza problemy klasowe, pracownicze, mieszkaniowe czy migracyjne, ale nie wygrywa jednak chwytających za serce, smutnych nut, lecz z werwą, determinacją i po trupach brnie do przodu. Razy przy tym dostają wielcy i maluczcy, rządzący i rządzeni, wszyscy, którzy są na swoich, odpowiednich miejscach. Bo imię tej bogu ducha winnej – jak możemy przypuszczać – dziewczyny z początku filmu do złudzenia przypomina koreańskie określenie demokracji i musiała ona zginąć, by Kim Ki-duk nakręcił najbardziej wywrotowe i totalne dzieło w swoim dorobku.

Dodaj komentarz

-->