Na poprzedni album „Falling” Seapony wpadłem przez przypadek i od razu go polubiłem. Ale tak to już chyba jest z fajnymi płytami, że włącza się je bez żadnych emocji, a potem człowiek dopiero po długim czasie ogarnia, że właśnie uzależnił się od kolejnej rzeczy.
Ekipa z Seattle działała do tej pory pod skrzydłami kultowej wytwórni Hardly Art, która w ostatnim czasie postawiła na swoje nowe, namiętnie hajpowane odkrycie – La Luz. Seapony poszło jednak na żywioł i nie dość, że nie zatrudniło przy swojej płycie znanego producenta (dla La Luz gałkami kręcił Ty Segall), to jeszcze z hukiem zwiało z labelu i wybrało całkowitą niezależność. Jakie piękne samobójstwo, chciałoby się powiedzieć! Tymczasem właśnie ten z pozoru nierozważny krok mógł okazać się kluczem do sukcesu.
Wtórności po płycie „A Vision” spodziewałem się tak samo jak świetnych melodii. No bo co w końcu można powiedzieć na trzecim z rzędu albumie wypełnionym słodkimi piosenkami o motylkach, miłości i bańkach mydlanych? Stop! Dajmy w końcu spokój połykaniu własnego ogona, plotkom i ploteczkom. Tego lata motyl odradza się w jeszcze piękniejszej postaci. Przemierza oświetlone słońcem trawniki, żeby znienacka wskoczyć pod słuchawki jeżdżącej na wrotkach dziewczynki. Twee w najlepszym wydaniu – powiedzą jedni. Inni z kolei przy tych dźwiękach zapomną o internetowym fetyszu katalogowania i po prostu odpłyną w stronę słońca.
To są znowu pozytywne narkotyki. Nie dopalacze sprzedawane pod trzepakiem przez Głównego Inspektora Sanitarnego, tylko magiczny proszek odbijający słońce, wzmacniający wszystkie barwy i zapachy lata. Prosty do bólu, magiczny do cna. Oparty na czterech akordach i hipnotycznym wokalu. Oferujący zapomnienie, ale niedający się zapomnieć. Uzależniający jak najpiękniejsza pora roku i na szczęście o wiele mniej ulotny. Niesamowite, że znowu im się to udało…
Seapony
„A Vision”
wydanie własne
Zobacz także:
We Are Your Friends – reż. Max Joseph
Najciekawsze „We Are Your Friends” jest wtedy, kiedy główny bohater tłumaczy, w jaki sposób muzyka działa na organizm człowieka. Czytaj więcej>>
Tych jaśniejszych punktów na „Work It Out” jest więcej, a co ważniejsze – trudno się od nich uwolnić. I nawet nie chcę za bardzo zastanawiać się dlaczego. Czytaj więcej>>
Everything Everything – Get to Heaven
Bardzo lubię takie zaskoczenia. Zespół Everything Everything od początku pozostawał gdzieś na skraju mojego zainteresowania. Czytaj więcej>>

