Miejska przygoda: drewno

Filip Dąbrowski, stolarz, pokazuje mi kawałek drewna: – To czarny dąb, który wyrzuciło morze – wyjaśnia. – Możesz powąchać, pachnie plażą.

Filip długo szuka odpowiedniej podstawki pod filiżankę z kawą. Przyznaje, że zawsze zwraca uwagę na szczegóły, nawet trochę za bardzo. – Przy każdym meblu jestem z czegoś niezadowolony, czuję, że mógłbym jeszcze coś dopracować – tłumaczy. – Klienci w ogóle tego nie widzą, to jest tylko w mojej głowie.

Każdy kolejny projekt jest dla niego walką, sprawdzaniem możliwości – jego własnych, materiałów, konstrukcji. Stawia sobie wyzwania, chyba trochę podświadomie. – W komputerze zawsze wszystko wygląda prosto i fajnie, ale potem okazuje się, że trudno to zrealizować.

aktivist_filip-04

Teraz pracuje nad długim na cztery metry stołem. Filip: – Pomyślałem sobie, że wezmę kawałek betonu, po obu stronach położę czarny dąb i skręcę siedmioma prętami. Namalowałem to w programie 3D, wszystko się pięknie składało, po rozmowie z klientem dołożyłem jeszcze system multimedialny. A potem doszło do realizacji i zaczęły się schody – okazało się, że drewno nie pasuje, więc muszę znaleźć czarny dąb, który jest sezonowany. Przejechałem pół Polski, żeby zdobyć odpowiednie kawałki. Potem odkryłem, że beton ma nie taki odcień, więc trzeba ponownie odlewać. A na koniec jeszcze zaprojektowałem własne nakrętki, bo te dostępne w sklepach mi nie pasowały.

Droga do otwarcia własnej pracowni stolarskiej w dawnej fabryce Norblina na warszawskiej Woli była długa i kręta. Filip jednak przyznaje, że zawsze był trochę chłopakiem ze śrubokrętem. Jego brat w dzieciństwie czytał komiksy i książki, a on bawił się klockami lego i latał po drzewach.

aktivist_filip-02

 

Zaczął studiować ochronę środowiska, ale ponieważ w szkole średniej był raczej leserem, przeraził go ogrom nauki: fizyka, chemia, statystyka, prawo. Nie udało mu się skończyć studiów. Ale nie przejął się tym specjalnie,  bowiem już wtedy pracował  w filmie, w pionie kamerowym przy ładowaniu taśm. Pomagał akurat przy produkcji „Człowieka, który został papieżem”, kiedy operator zauważył, że ma talent fotograficzny. Postanowił więc zdawać do Poznania na fotografię. Zdjęcia dyplomowe zrobił nocą w fabryce Norblina, bo w międzyczasie znalazł tu pracownię. – Ojciec też pracuje w filmie, robił tu warsztaty dla studentów, źle się poczuł, więc wpadłem mu pomóc – opowiada Filip. – Akurat szukałem miejscówki na studio fotograficzne, więc zapytałem, czy jest coś do wynajęcia. No i dostałem to miejsce, które wtedy wyglądało najgorzej – nie było dachu, na podłogę lała się woda, w środku stały maszyny z rozlanym olejem.

Filip zrezygnował z pracy przy filmach. – W tej branży jest dużo kolesiostwa, braku profesjonalizmu, są duże pieniądze, które nie zawsze trafiają tam, gdzie powinny – opowiada. – Pracujesz nawet 18 godzin dziennie, a potem, jak już skończysz, nikt z produkcji nie odbiera telefonu. Musisz się prosić o swoje pieniądze – pół roku, osiem miesięcy. Miałem tego totalnie dosyć. Nie mogłem nic w życiu zaplanować ani pojechać na urlop.

aktivist_filip-03

 

Robił remont w pracowni i zaczął przy okazji rzeźbić w kawałkach drewna, które zostały z budowy. Lubi wykorzystywać wtórnie wszystkie surowce. Kiedyś odwiedził go znajomy i spodobała mu się półka, którą zrobił z litego drewna. Zapytał, czy nie zrobi mu takiej, tylko dłuższej. Zrobił półkę z jednego kawałka drewna, miała pięć metrów, znajomy zamówił u niego też stół i tak z pomocą poczty pantoflowej jego stolarski biznes zaczął się kręcić. Od początku robił głównie stoły. – Nie miałem parku maszyn, więc musiałem wykombinować, jak wszystko zrobić domowymi metodami – wspomina. – Chciałem wszystko robić sam, a nie zlecać fabryce wykonanie równego blatu. Wymyśliłem, że połączę deski w blacie specjalnymi kołkami. Nie jestem po żadnych studiach technologicznych, wszystko robię trochę intuicyjnie. Wierzę w reinkarnację –  może w poprzednim życiu miałem styczność ze stolarką i dlatego wiem, jak to wszystko zrobić? Ludzie mają czasem taką intuicję – może to jest talent, a może przypadek?

Filip jest indywidualistą i lubi pracować w pojedynkę. – Mam wtedy poczucie, że gdy coś spieprzę, to jest to tylko i wyłącznie moja wina – tłumaczy. – Kiedyś przez dziewięć miesięcy restaurowałem zabytkowe okna, ktoś mi poradził, żeby wziąć pracownika. Okazało się, że po całym dniu ciężkiej pracy musiałem jeszcze po nim wszystko poprawiać.

Właśnie zaczyna prace nad partią lamp z porcelany, ale tak naprawdę chce robić głównie stoły. Fascynuje go drewno. Wspomina, jak kiedyś pojechał ze znajomymi nad morze, oni biegali z psem i robili zdjęcia, a on zbierał różne kłody i badyle. Pokazuje mi kawałek: – To czarny dąb, który wyrzuciło morze – wyjaśnia. – Możesz sobie powąchać, pachnie plażą. Zrobię z niego lampę dla przyjaciół.

Foto: Bartek Pogoda/AFPHOTO

#miejskaprzygoda #drewno

Dodaj komentarz

-->