Miejska przygoda: miód

Pszczoły najbardziej lubią zaniedbane miejskie podwórka, w których na środku jest jakiś klomb. Wiktor Jędrzejewski, miejski pszczelarz, najwięcej miodu zebrał z uli na rogu Wilczej i Marszałkowskiej.

Wiktor na spotkanie przyszedł z psem Bułką.  Jest jeszcze mały i nie może długo zostawać sam w domu. Wiktor: – To mój pierwszy pies, taki eksperyment. Nie chciałbym się przedstawiać jako facet, który nie potrafi żyć bez zwierząt, ale tak, to prawda, zawsze u mnie w domu był jakiś kot, chomik, rybki. Hodowanie zwierząt wydaje mi się naturalne, ale nie jest też tak, że mam 20 kotów i przygarniam kolejne.

miejszka-przygoda-miod-1

Pszczoły to też zwierzęta, które można hodować w mieście, tak samo jak psy i koty. Wiktor pszczołami interesuje się od kilku lat, chodzi na wykłady, czyta książki. To bardzo ciekawe zwierzęta – porozumiewają się ze sobą, podejmują decyzje, ludzie hodują je od 50 tysięcy lat. Jakieś półtora roku temu pomyślał, że warto by też te pszczoły hodować. Okazało się to jednak trudne logistycznie. Pszczoła wymaga opieki, może mniejszej niż pies czy kot, ale za to regularnej. W sezonie raz w tygodniu trzeba zajrzeć do ula i zobaczyć, co tam się dzieje, czy pszczoły nie potrzebują pomocy. Takim sygnałem, że coś jest nie tak, jest np. to, że zaczynają hodowlę matek – hodują kilkanaście, a potem wybierają najlepszą, po to żeby się podzielić na dwie części i ruszyć w świat.

Takie sprawdzanie ula zajmuje 5-10 minut, zwykle nie trzeba nawet wkładać specjalnego stroju z siatką na twarzy – to zależy od tego, jakie pszczoły się hoduje, jaka jest pogoda, pora dnia. Wkłada się go tylko wtedy, gdy pszczoły mają zły humor.

miejska-przygoa-miod-2

Hodowla pszczół była więc dla Wiktora wyzwaniem, bo wszystkie miejsca, w których mógłby postawić swoje ule, były oddalone o 100-200 kilometrów od Warszawy. Był już nawet gotowy, żeby jeździć tam raz w tygodniu, kiedy nagle natrafił na informację, że tak naprawdę pszczołom jest lepiej w mieście. – W mieście nie ma tak dużo chemii jak na wsi, gdzie opryskuje się uprawy. Poza tym w mieście ciągle coś kwitnie – w parkach jest dużo różnorodnych roślin, ale pszczoły i tak najbardziej lubią zaniedbane podwórka, w których na środku jest jakiś klomb wokół figury Maryjki. Rekordowo dużo miodu zebraliśmy z uli zlokalizowanych ma rogu Wilczej i Marszałkowskiej – śmieje się Wiktor.

Szybko zaczął stawiać ule w Warszawie. – Odkryłem, że polskie pszczelarstwo jest pasją ludzi, którzy raczej nie mają poniżej 70 lat. Ta grupa z roku na rok się kurczy, mnóstwo jest ogłoszeń osób, które chcą się pozbyć pszczół – tłumaczy. – Jeżeli ktoś ma dzisiaj podchwycić pszczelarstwo, to tylko młode mieszczuchy.

miejska-przygoda-miod-3

Zawracał znajomym głowę pszczołami, aż w końcu oni też się nimi zainteresowali – założyli organizację Miejskie Pszczoły. Idea była taka, żeby pokazać władzom i warszawiakom, że ule można stawiać w mieście i że to jest bezpieczne. – Postanowiliśmy znaleźć kilka modelowych lokalizacji w centrum miasta – wyjaśnia Wiktor. – Ule stanęły w publicznym parku – Królikarni, na budynku mieszkalnym, trzeci miał być budynek publiczny. I tu było najtrudniej. Regulamin porządkowy Warszawy wykluczał hodowanie pszczół w mieście, można je było trzymać co najmniej w odległości jednego kilometra od zabudowań. – Nie znaleźliśmy w Warszawie takiego miejsca. – Wiktor rozkłada ręce. – Postanowiliśmy postawić urzędników przed faktem dokonanym: „są w mieście ule, zróbcie coś z tym”. Sami postawiliśmy około 50, ale przecież i tak w Warszawie jest 300-400 uli, większość od bardzo dawna, np. na terenach SGGW.

I to  zadziałało. We wrześniu 2014 r. radni zalegalizowali hodowlę miejskich pszczół. W ten oto sposób pomysł Wiktora, żeby mieć jeden-dwa ule, ewoluował w ideę, żeby zarazić ludzi w Warszawie hodowlą. Założyli dziesięć uli na Jazdowie – każdy warszawiak może przyjść i nauczyć się, jak się tymi zwierzętami zajmować. Przez Jazdów przewinęło się już około 60 osób, niektóre rozpoczęły własną hodowlę.

miejska-przygoda-miod-4

Warszawiacy coraz cieplej patrzą na miejskie ule. Pszczelarze na nowojorskich czy londyńskich forach zawsze podkreślają, że ich domki trzeba stawiać dyskretnie, w niepozornym miejscu. Jak stoją na dachu, najlepiej pomalować je na podobny kolor co komin, żeby nie denerwować ludzi. Wiktor: – A tymczasem w Królikarni ule stoją na skarpie, oświetlone słońcem z każdej strony, a pod skarpą biegnie ścieżka, która prowadzi na plac zabaw. I codziennie tym chodnikiem ciągną rodziny z dziećmi. Myśleliśmy już nad scenariuszem, co zrobimy, jak przyjdą rodzice i powiedzą, że się boją, że dzieci mają alergię. Byliśmy gotowi te ule szybko usunąć. Ale minęło półtora roku i jest super, nie dotarła do nas żadna negatywna informacja. Dobrze pilnowane pszczoły nie stanowią zagrożenia, po prostu zajmują się swoimi sprawami.

 

 

Dodaj komentarz

-->