W dżungli bardziej niż lampartów trzeba bać się karteli narkotykowych – rozmowa z Ciro Guerrą, reżyserem „W objęciach węża”

„W objęciach węża”, niezwykła podróż po Amazonii uginającej się pod barbarzyństwem białej cywilizacji, weszło do kin w ostatni piątek. Z reżyserem kolumbijskiego kandydata do Oscara rozmawiamy o współczesnej Kolumbii i sytuacji rdzennej ludności, ginących językach i halucynogenach.

Dopiero co wróciłeś z Los Angeles. „W objęciach węża” jest w środku kampanii oscarowej. Gdzie czujesz się lepiej – w dżungli miejskiej czy amazońskiej?
Trudno stawiać obok siebie te doświadczenia, każde jest pod innym względem ekscytujące. Ale prawda też jest taka, że „W objęciach węża” to efekt poszukiwań innego modelu życia, z dala od miasta, współczesnej cywilizacji i wszystkiego, co się z nią wiąże. Byłem zmęczony, zacząłem podróżować do dżungli i poznawać jej mieszkańców. Choć Amazonia zajmuje dużą część Kolumbii, bardzo słabo ją znamy. Wracałem tam przez dwa lata, ale same zdjęcia zajęły nam tylko trzy tygodnie. Wysoka temperatura, wilgotność, dzikie zwierzęta, wąskie łódki – warunki były trudne, ale obyło się bez wypadków. Może dlatego że szaman rzucił na naszą ekipę czar ochronny.

Twój film to przede wszystkim hołd dla dżungli. Właściwie to ona jest główną bohaterką „W objęciach węża”.
Dżungla, której już nie ma. Sporo widzów mylnie ocenia „W objęciach węża” jako kino etnograficzne, portret dzisiejszej Amazonii i jej mieszkańców. Tymczasem ukazane w niej miejsca nie istnieją. Plemiona wymierają, giną tradycje i języki. Wiele wysiłku włożyliśmy w szukanie odpowiednich, dziewiczych plenerów, w których nie byłoby widać negatywnych efektów działalności człowieka. Nielegalne górnictwo i wycinka drzew, rolnictwo bezpowrotnie dewastujące krajobraz, tiszerty z logo coca-coli, a nie tradycyjne stroje – to jest dzisiejsza dżungla w rękach międzynarodowych korporacji. Destrukcja, przemoc i brak kontroli władz. Teraz bardziej niż lampartów trzeba bać się karteli narkotykowych.

A jak w zglobalizowanej rzeczywistości odnajdują się członkowie plemion?
Są zdezorientowani i raczej bezbronni wobec przemocy. Niewiele więc się zmieniło w porównaniu z czasami, które pokazuję we „W objęciach węża” (pierwsza połowa XX wieku – przyp. red.), inne są tylko narzędzia. Wielu Indian daje się złapać na lep nowoczesności. Szukają szczęścia w Bogocie i innych miastach, jednak zwykle w ogóle nie są przygotowani do takiego życia. Zasilają najniższą klasę społeczną, sięgają po używki, wchodzą w konflikt z prawem. Oczywiście nie mogą liczyć na wsparcie władz. W szczególnie trudnej sytuacji jest młodzież. Żyją właściwie bez tożsamości, między dwoma światami – tradycyjnym, który coraz mniej rozumieją, i nowoczesnym, który często ich wyklucza. Nieprzypadkowo kilka lat temu było głośno o fali samobójstw wśród młodych ludzi z plemion. Z drugiej strony część Indian wie, jak ważna jest kultura, przekazywanie tradycji, nauka lokalnych języków.

W filmie wykorzystałeś ich aż dziewięć. Znasz je wszystkie?
Oczywiście, że nie. Łatwiej byłoby nakręcić „W objęciach węża” w całości po angielsku, ale zależało mi na utrwaleniu tych języków. Mój film wkrótce może być jednym z nielicznych dokumentów, dzięki którym w przyszłości będzie można je usłyszeć. Na przykład w dialekcie okaina mówi obecnie 16 osób, w ciągu kilku lat może on całkowicie zniknąć. Pozostałe mają średnio kilka tysięcy użytkowników. Ten świat naprawdę zanika. To właśnie moje intencje – ukazania ginących tradycji lokalnych plemion – przekonały ich członków, by wystąpili przed kamerą.

Bohaterowie „W objęciach węża” poszukują yakruny – mitycznej leczniczej rośliny, do której dostęp zna szaman Karamakate. A co jest twoją yakruną?
Lubię takie pytania (śmiech). Nie, nie biorę halucynogenów. Chyba powinienem odpowiedzieć, że moją yakruną jest kino.

Dodaj komentarz

-->