tekst i foto: Iza Bielecka-Gnaś
Miłe złego początki – tak mogę określić moją przygodę z restauracją Kanton. Przytulna, położona w samym sercu Warszawy, chińska knajpa zachęca przyjemnym wnętrzem wykończonym drewnem i najwyraźniej pretenduje do miana czegoś lepszego niż zwykły azjatycki fast food. Czerwone lampiony i bambusy doskonale pasują do polskiego wyobrażenia na temat wyposażenia egzotycznej knajpy. Jest ciepło, czysto, a nieprzebrana liczba storczyków z pewnością zachwyci wszystkich wielbicieli sztucznej roślinności. Siadam wygodnie w kącie i tu sielanka się kończy. Po pierwsze: kelnerka – jest tak przeraźliwie uczynna, że w ogóle nie można się jej pozbyć. Miałam wrażenie, że najchętniej usiadłaby ze mną przy stoliku. Zasypywana setkami pytań i sugestiami w stylu „Na takie jedzonko trochę wcześnie” szybko zrozumiałam, że nici z prywatności. Doceniam uprzejmość obsługi, ale gdy kelnerka zjawiała się na sali, unikałam jej wzroku, by dała mi spokój i pozwoliła po prostu zjeść. Bez skutku. Musiała wiedzieć wszystko! Czy jem pałeczkami, czy dobre, czy mi się to podoba i dlaczego nie zjadłam do końca… Nie zjadłam, bo mi nie smakowało. No właśnie – po drugie: stosunek ceny do jakości. Ryż smażony z kurczakiem nie dość, że drogi (17,90 zł), to w dodatku przypominał ryż do sushi wymieszany z jajecznicą (a nie zasmażany w jajku) z kawałkami kiepsko doprawionego kurczaka. Przy bananach w cieście już mnie skręcało, bo choć kosztowały 8 zł, smakowały tak samo jak te, które zazwyczaj jadam za 3 zł. Na szczęście lepiej było z mięsem. Smażona kaczka się sprawdziła, ale znów powtórzę, że jak na standard knajpy kosztowała za dużo. Całe menu wyeksponowano na zewnątrz, więc wysoki rachunek nie jest więc przykrą niespodzianką. Fajnym pomysłem jest za to wybór aż 10 sosów do każdego dania głównego. Mile zaskakuje też fakt, że półlitrowa cola kosztuje tylko 2,99 zł! Kanton to zatem miejsce dla osób chcących zjeść coś z kuchni chińskiej w przyjemniejszych okolicznościach niż azjatycka smażalnia. Niestety, restauracja przy Złotej wygrywa z nimi tylko wystrojem, a nie kuchnią. Przed wejściem zróbcie szybki rachunek sumienia i zastanówcie się, na czym wam bardziej zależy – na jedzeniu czy na atmosferze. Jeśli na drugim, nie rozczarujecie się.
