Pizzeria Sergio Mandini to jedno z tych miejsc, które na co dzień omijamy, ponieważ nie mają wystarczająco silnej reklamy, aby zwrócić na siebie uwagę. Tymczasem takie miejscówki często oferują klientom zdecydowanie więcej niż „sieciówki”. W przypadku stylizowanej na włoski przybytek knajpki zachodzi właśnie taka prawidłowość. O ile wystrój wnętrza nie zachęca do konsumpcji, o tyle ceny pizzy już tak, wahają się bowiem od 10,50 do 19,50 zł. Szybkie skanowanie menu i korygujący rzut oka na wielki opalany drewnem piec, w którym ludzie Sergio Mandiniego przygotowują okrągły smakołyk, wystarczyło, żeby podjąć decyzję o złożeniu zamówienia. Na danie nie czeka się długo, a „międzyczas” można wykorzystać na zlustrowanie otoczenia. Lekki zgrzyt – do tej pizzeri na randkę lepiej się nie przychodzić. Mimo że lokal niewielki, kameralnej atmosfery nie uświadczymy – stoły są ogromne, a przy nich rozstawiono sześć topornych krzeseł. Całość sprawia wrażenie, jakby do posiłku miało zaraz zasiąść kilkoro zbrojnych, wracających z bitwy, a nie dwoje zakochanych, chcących wyznać sobie miłość przy talerzu strawy. Te niedogodności w pełni rekompensuje smak pizzy. Po prostu jest znakomita! Przygotowana na świeżym, kruchym i cienkim cieście, wprost rozpływa się w ustach. Co więcej, nie skąpią tu składników, wszystko wydaje się świeże, a potrawa dzięki temu jest soczysta (nie potrzeba nawet sosów). Minirestauracja w menu ma także spaghetti, pasticcio, naleśniki i sałatki. Wszystko obliczone na kieszeń emeryta z krajów zachodnich (np. Pasticcio mięsne – 16 zł). Dramatem są natomiast sztućce, tym sprzętem nie dałoby się pokroić nawet sera topionego. Jedyna rada: jeśli zamawiacie pizzę, umyjcie wcześniej ręce i pakujcie kawałki grabami do paszczy albo przynoście komplet swoich noży…
foto: Bartosz Maz
