Mała Gruzja

Warszawa

Tekst: Mladen Petrov
Foto: Mladen Petrov

Swego czasu miałem przyjemność mieszkać z pewnym gruzińskim studentem. Co jakiś czas dostawał paczki z produktami z Kaukazu, które w naszej małej kuchni przerabiał na narodowe dania. Było to moje pierwsze spotkanie z gruzińskimi potrawami i po jego wyprowadzce nigdy już do nich nie wróciłem. Należy za to winić przede wszystkim współlokatora, który pomimo swoich starań był po prostu kiepskim kucharzem (przy okazji gorąco pozdrawiam T.V.). Z Małą Gruzją, świeżo otwartą restauracją na Nowogrodzkiej, sprawy mają się inaczej. Ściągnięto tu dwóch rodowitych Gruzinów dbających o usatysfakcjonowanie klientów. Może im się to udać, chyba że knajpa osiądzie na laurach. Dwie salki są przyjemnie urządzone, na szczęście właściciele nie przesadzili z lokalną cepeliadą. W przypadku gruzińskiego lokalu jedynym elementem świadczącym o kraju pochodzenia dań są flaga oraz mały piec w jednej z sal – po jego ukończeniu będzie można zamówić zachwalane mięsa z pieca. Na szczęście prace konstrukcyjne nie są na tyle absorbujące, by kucharze nie mieli czasu na przygotowanie mojego lunchu. I tu dobra wiadomość – w zdominowanej ciężkimi mięsami kuchni gruzińskiej wegetarianie, albo starający się nimi być, nie umrą z głodu. Zamówiłem zupę fasolową (12 zł), ale dostałem przystawkę składającą się z fasoli i szpinaku. Zupa, którą można jeść widelcem? – Oj, pewnie kucharz nie zrozumiał, nie zna angielskiego, a nasz rosyjski też nie jest najlepszy – usłyszałem. Zupę też dostałem – nie powaliła, może zabrakło mi gruzińskich ziół. – Staramy się dopasować dania do polskiego gustu i nie przesadzać z ostrością – wytłumaczono. Nie mogłem się powstrzymać przed zamówieniem chaczapuri (14-20 zł) – tradycyjnego placka z mąki z serem suluguni, który tak dobrze znałem (15 zł). Chaczapuri Małej Gruzji są stanowczo lepsze od wypieków kolegi, ale to jeszcze nie to. – Zabrakło mi stanowczości, czegoś, co udowodni, że to nie jest po prostu placek z serem na wierzchu. Tbilisi na Puławskiej jak na razie prowadzi – podsumowała swoje pierwsze wrażenia jedna z towarzyszących mi znawczyń kuchni gruzińskiej. Przy stoliku obok zachwytom jednak nie było końca. – Wpadajcie natychmiast, mała knajpka, superjedzenie – chinkali (gruzińskie kołduny – 16 zł) jada się rękami – nakazała znajomym podekscytowana pani w garsonce. Można tu wpaść na lunch (20 zł) albo na kolację – soczyste kawałki mięsa z pieca w ziołach już są w menu (19-35 zł), a za chwilę mają się pojawić znane gruzińskie wina. Już teraz jest gruzińska lemoniada (10 zł), czyli zwykła Mirinda. Gruzję można też zabrać do domu – kupując np. przetwory i marmolady domowej roboty. W świetle wydarzeń na Kaukazie nie pozostaje nam nic innego jak pokazać, kogo popierają nasze brzuchy.

Dodaj komentarz

-->