Tekst i foto: Mladen Petrov
Prestiż słono kosztuje. Ta prawda ma tłumaczyć wysokie ceny nieruchomości w Kolonii Staszica – bez wątpienia jednej z najbardziej urokliwych części naszego miasta. Jeśli jednak wymarzone „M-ileś” kupiliście na Kabatach i tylko aspirujecie do bycia częścią modnego krajobrazu Ochoty, z pewnością ucieszycie się, że na rogu ulic Sędziowskiej i Wawelskiej rozkręca się mały lokal z kuchnią argentyńską. Przesiadywanie w nim całymi dniami nie uderzy was po kieszeni – knajpka oferuje bardzo przyzwoite ceny. Do Macho wpadłem wieczorem i byłem jedynym gościem w tym świeżo pomalowanym przybytku stołecznej gastronomii. Od razu rzuciłem się na empanadas, czyli argentyńskie pierogi w kolorze pomarańczowym. Występują w wersji z mięsem lub bez (np. ze szpinakiem, tuńczykiem, białym serem, mozarellą albo fetą), cena jest taka sama niezależnie od nadzienia – wynosi 3 złote za sztukę. Empanadas były zimne w środku, ale po powtórnym podgrzaniu przypadły mi do gustu. To samo dotyczy tart – absolutnego hitu cenowego Macho (6 zł). Polecam wersję z trzema serami, którą należy jednak zamawiać na ciepło. Jeśli wasze brzuchy domagają się czegoś większego, możecie spróbować łososia w cytrynach (25 zł). Za niego nie ręczę jednak głową – tego wieczoru danie „wyszło”, jak mawiano w czasach świetności PRL-owskiej gastronomii. Flagowe danie „lomo a la pimienta” (polędwica wołowa z zielonym pieprzem – 39 zł) pozostało na posterunku, lecz na nie akurat nie miałem ochoty. Wolałem skupić się na butelce niezłego argentyńskiego wina w oszałamiającej cenie 15 złotych. Jak widać, na szczęście nie wszyscy przejęli się maksymą otwierającą tę recenzję.
