Lanczowisko

Warszawa

tekst i foto: Iza Bielecka-Gnaś

Z pewnością czytelników nie zaskoczy to, że w Lanczowisku jedzenie jest na wagę. Znamy przecież ten system – kotlety po 10 zł za 100 g, kapusta po 5,50… w efekcie całkiem drogi, a niekoniecznie wykwintny obiad. Ale nie w Lanczowisku! Tu wybieracie, co chcecie, i za wszystko płacicie jedynie 2,99 zł za 100 g! Czy to nie brzmi obiecująco? Dania podzielone są ze względu na kraj pochodzenia – na kuchnię tajską i wschodnią, śródziemnomorską, polską oraz tex-mex. Jeśli zależy wam na oszczędności, nie musicie zapychać się sałatką. Wystarczy, że zastanowicie, co waży mniej – makaron czy tortilla. Gdyby jeszcze przy kasie szacowano ilość kalorii, Lanczowisko byłoby prawdziwym dietetycznym rajem. Tylko napoje rządzą się tu własnymi cenowymi prawami (kompot – 2,5 zł, kawa z ekspresu do własnoręcznego przyrządzenia – 5 zł). Wystrój jest spokojny i wyważony (nomen omen). Na piętrze zwraca uwagę imponująca plazma i duży wybór czasopism, które można wertować godzinami, przeciągając przerwę w robocie. Na dole obowiązuje samoobsługa w stylu zachodnim. Wieczornych podjadaczy ucieszy zapewne wiadomość, że po godzinie 20 zapłacą połowę ceny, dzięki czemu kotlety sprzedane wieczorem po niemalże dumpingowych cenach nie trafią następnego dnia do bufetu. Pamiętajcie tylko, że wszystko, co zjecie po 18, pójdzie wam w biodra (tak, panom też)! Tylko obsługa nie poraża uprzejmością – zamiast odpowiedzi na moje „dzień dobry” usłyszałam, że nie domknęłam drzwi. Na koniec kasjerka z takim wyrzutem odpowiedziała „proszę”, że aż chciałam przeprosić, że jej przeszkadzam. Ale bilans mojej przerwy na lunch uznaję za dodatni. W Lanczowisku nauczyłam się przykładać wagę do tego, co jem!

Dodaj komentarz

-->