Casa de la musica

Wrocław

Jeśli nigdy nie polecisz na Kubę, bo a) nie stać cię na to, b) masz aerofobię, c) castryzm jest zły; ale słuchasz Buena Vista Social Club, czytasz Hemingwaya i uwielbiasz film „Hawana – miasto utracone”, to jest szansa, by cię zadowolić. Na rynku w doborowym ideologicznie sąsiedztwie lokalu #PRL pojawiła się knajpa imitująca klimat zadymionych barów, w których serwują rum – jest tłoczno, gorąco i głośno. Taka nieskrępowana atmosfera panuje w #CasaDeLaMusica. Wpadają tu tymczasowi lub stali imigranci z Ameryki Południowej, w zakamarkach słychać język hiszpański, a Polakom udziela się latynoski temperament, więc mocno gestykulują w trakcie rozmów. Niektórzy wybierają spontaniczny taniec, inni – grę w domino. Spotkać tu można wrocławską ikonę z Kuby, Jose Torresa, który w #Casa czuje się jak u siebie w domu. Wystrój nawiązuje do burżuazyjnego Cigar Clubu: odrapane ściany, pod sufitem wypasione lampy ze śmigłami, a do siedzenia szerokie, czarne, skórzane kanapy lub thonetowskie krzesła. Przy opracowywaniu projektu baru wzorowano się na jednej z najbardziej znanych hawańskich restauracji, El Floridita. W lokalu na razie nie mają drukowanego menu, więc przy zamawianiu drinka trzeba zdać się na siłę własnego wzroku (alkohole wystawione są na półce) i wskazać to, co chcesz w siebie wlać. Problem w tym, że lokal oferuje blisko 400 pozycji alkoholi pochodzących z niemal każdego miejsca na świecie! Oczopląs gwarantowany! Królują rumy produkowane na Karaibach. W zimie na rozgrzewkę najlepiej machnąć sobie Che Guevarę – drink opracowany na bazie mango, limonki, Jacka Danielsa, Southern Comfort, Abricot Premium, Giffard Maracui, podawany z garniszem (500 ml – 19zł). Nic, tylko zakrzyknąć za prawdziwymi rewolucjonistami „Fiesta o muerte!”#Wrocław.

[Jakub Mazurkiewicz]

Dodaj komentarz

-->