Nie kupuj pan cegły

Rafał Bujnowski "Kosmos"

Kim są ludzie, którzy kupują sztukę? Z Piotrem Kłosem i Łukaszem Rogowskim spotykam się w barze mlecznym i kawiarni. Jeden z nich kolekcjonuje od dziesięciu lat, drugi – kilka miesięcy. Jeden kupuje, żeby tworzyć kolekcję, drugi, bo ma nosa i puste ściany, na których coś powinno wisieć. Obaj kupują z głową.

Kupowanie sztuki to dla wielu wciąż dziwactwo, czarna magia i co gorsze – rozrzutność. A tu psikus, bo sprawa jest prostsza, niżby się wydawało. Zacznijmy od cyferek, które każdego kolekcjonera interesują – jeśli nie w pierwszej kolejności, bo tu dla przyzwoitości obstajemy jednak przy sztuce, to na pewno zaraz po niej. Galerii prywatnych w Polsce jest kilkadziesiąt. Tych znaczących, które nie tylko utrzymują się ze sprzedaży, ale wystawiają swoich artystów na międzynarodowych targach i promują ich prace w państwowych instytucjach, jest niewiele ponad 20. Warsaw Gallery Weekend skupia większość z nich, bo aż 22. Wszystkie te galerie działają w Warszawie, ale to akurat nie powinno dziwić. – Właśnie na tym polega sens Gallery Weekendów: kolekcjonerzy przyjeżdżają do miasta, wiedząc, że w dwa dni zobaczą wszystko, co potencjalnie mogliby kupić – tłumaczy Rogowski, który w tym roku po galeriach będzie oprowadzał kilku znajomych kolekcjonerów.

Fifti-fifti
To teraz trochę o cenach. Żeby kupić pracę, trzeba mieć wolnych dziesięć papierków z królem Władysławem Jagiełłą – za tyle możecie kupić np. fotografie mistrza reportażu Tadeusza Rolkego na portalu ArtVolver, który jako jeden z nielicznych jasno określa ceny prac. Za podobną kwotę można nabyć grafiki czy niewielki obraz młodego i dobrze zapowiadającego się malarza Mikołaja Moskala. Jeśli jakimś cudem wasze dochody netto składają się z pięciu cyfr, to znaczy, że możecie sobie pozwolić na wydatki rzędu 10 tys. złotych. Zakup konkretny: obraz uznanego artysty, duża fotografia. – Kwota, którą wydaje się na sztukę, to około 8-10% rocznego budżetu – tłumaczy Piotr Kłos. Jest informatykiem, więc na cyfrach się zna. 10 tys. złotych to właśnie magiczna liczba, której nie przekracza większość kolekcjonerów z klasy średniej. A co dzieje się z tymi pieniędzmi? W większości galerii panuje podział „fifti-fifti”, czyli 50% wartości sprzedaży zabiera galeria. Dziwne? Ależ wcale. – Podział między galerią a artystą wydaje mi się uczciwy – komentuje Piotr i dodaje: – To galerie pomagają w promocji, zabierają artystę na targi, reprezentują go w rozmowach z kolekcjonerami i instytucjami.

Pierwszy raz
Piotr swoją pierwszą pracę kupił dziesięć lat temu, jeszcze na studiach. – To był obraz Marcina Maciejowskiego. Koledzy ze studiów pukali się w czoło, ale już tydzień później zobaczyli, że Maciejowski rysuje okładki do „Przekroju”, i kilku z nich zmieniło zdanie – wspomina. Piotr stara się trzymać zasady kupowania jednej większej pracy rocznie, a każdy zakup jest przemyślany i konsultowany z żoną, historyczką sztuki. Pierwszą pracę Maciejowskiego zobaczył na wystawie Grupy Ładnie w krakowskiej galerii Zderzak. Kupował też w warszawskiej galerii Raster. – Okazało się, że ceny w Zderzaku przekraczały mój budżet, koledzy śmiali się, że to przez pochodzenie i że nie jestem z krakowskiego rodu – opowiada kolekcjoner. – W Rastrze dostałem profesjonalną ofertę i wycenę. Przyjechałem, wybrałem, zafoliowałem i wróciłem pociągiem, z obrazem pod pachą – dodaje. Wtedy obraz kosztował dwa tysiące złotych, dziś Kłos trzymałby pod pachą kilkanaście tysięcy. Nie pod pachą, lecz na plecach przyniesiono mu niedawno jego najnowszy zakup, fotografię Bownika, którą kupił w galerii Starter. Prac nie sprzedaje, nie interesuje go zarabianie i inwestowanie w sztukę, chodzi o estetyczne potrzeby posiadania ładnej i technicznie dobrej pracy.

cały tekst znajdziesz w naszym magazynie: tu!

Dodaj komentarz

-->