Do 500 razy sztuka

Są takie gry, których sensem jest śmierć. I nie chodzi tutaj o to, że walczymy z zombi. Nie chodzi o to, że gramy nieumarłym. Mówiąc, że sensem #DarkSoulsII jest śmierć, mam na myśli to, że umrzecie wiele, ale to wiele razy. Pierwsza część śniła mi się po nocach.

Wiecznie zagubiony, nie wiedziałem, gdzie iść, co chwila natykałem się na zgraję przeciwników, którzy z wielką radością kończyli mój żałosny żywot, a gdy wreszcie udało mi się ich pokonać, siekał mnie na małe kawałeczki boss wielkości czołgu. W drugiej odsłonie „Mrocznych Dusz” jest podobnie. Chociaż na pierwszy rzut oka druga odsłona wydaje się łatwiejsza, to gdy tylko poczujemy się zbyt pewnie, ktoś od razu kopnie nas z całej siły w twarz. Tym razem jednak nie zniechęcimy się już w jakiejś 20 minucie – na pierwszą dużą przeszkodę w dwójce trafimy dopiero przy trzecim albo czwartym bossie. Mimo to poziom trudności jest przerażająco wysoki, bywa nawet trudniej niż w jedynce. W świat dwójki wchodziłem pewny swoich skillsów, pierwsze minuty, a nawet godziny utwierdziły mnie w przekonaniu, jaki to jestem dobry. I nagle, w sekundzie, trafiłem do piekła i płakałem w kącie, zastanawiając się, dlaczego twórcy gry mnie nienawidzą i dlaczego tak bardzo pragną mojej śmierci. „Dark Souls II” jest mokrym snem każdemu „gamera” – to gra trudna, fascynująca, wciągająca, przerażająca, irytująca, męcząca, wymagająca. Zasługuje na pisanie o niej książek, a nie króciutkich recenzji w naszym magazynie. Może i umarłem w jej trakcie z 600 razy, ale nigdy przedtem nie czułem się tak spełniony, jak wtedy, gdy w końcu przeszedłem ją do końca.

Dark Souls II
#FromSoftware / #Cenega Polska
#Xbox360 / #PS3 / #PC

Dodaj komentarz

-->