Strach i przyjemność. Pierwotna siła i wykwintność. Performans „Cooking Catastrophes” to zderzenie skrajnych kategorii i doznań. Na koniec można zjeść m.in. tsunami, awarię elektrowni jądrowej i pożar lasów. Zgotowane jest prawdziwe piekło.
Trzech profesjonalnych kucharzy, specjalne menu składające się z dziesięciu dań i uroczysta atmosfera. Na tym się kończy podobieństwo widowiska Evy Meyer-Keller i Sybille Müller do wykwintnej kolacji. Nieprzypadkowo pokazywane jest raczej w teatrach i galeriach, a nie w modnych knajpach. Kulinaria są tu istotne, ale stanowią przede wszystkim punkt wyjścia do refleksji o naszych lękach, obsesjach i upodobaniach, a także o tym, co dzieje się wokół nas i co nas czeka w przyszłości. Poszczególne dania, które kucharze przyrządzą i spektakularnie zniszczą na oczach widzów, służą za modele klęsk naturalnych i nie tylko. Część posiłków będzie można łatwo powiązać z daną katastrofą, inne zaś budzą jedynie pewne skojarzenia, zachęcając widzów do uruchomienia wyobraźni. Takie pyszności jak kanapki z hummusem, sałatka ziemniaczana, zupa miso czy deser ryżowy zobrazują m.in. meteorytu, wybuch wulkanu, powódź, tornado i atak terrorystyczny. Zabraknie tylko kuchennych rewolucji, ale o nie już zadbał ktoś inny. Dlaczego artystki jako medium wybrały akurat żywność? – Z jedzeniem każdy z nas ma codziennie kontakt. Z katastrofami zaś stykamy się od czasu do czasu, głównie za pośrednictwem prasy, filmów i książek. W „Cooking Catastrophes” zestawiamy to, co zwyczajne i codzienne, ze stanem wyjątkowym, odbiegającym od normy. To sposób na zmierzenie się ze strachem przed klęskami i na oswojenie z nimi. W komfortowej i zwyczajnej sytuacji staniemy przed czymś pierwotnym i nieujarzmionym – tłumaczy Eva Meyer-Keller.
Katastroficzne ręczne robótki
To ona jest panią zagłady. Urodzona w 1972 r. artystka o szwedzko-niemieckich korzeniach na co dzień pracuje w Berlinie. Tworzy dzieła z pogranicza performansu i sztuk wizualnych, wykorzystując przede wszystkim przedmioty codziennego użytku, które 
Jedz, pośmiej się, umrzyj
„Cooking Catastrophes”, które miało premierę pięć lat temu, to następny krok w tym paśmie zamierzonych, widowiskowych klęsk i niejako ich zwieńczenie. Performans oddziałuje bowiem nie tylko na zmysły wzroku i słuchu, lecz także na węch i smak. Podczas spektaklu, który zagości w warszawskim Nowym Teatrze, poczujemy przyjemne i kuszące zapachy, jak również woń spalenizny i rozkładu. Na koniec będziemy mogli spróbować wszystkich pieczołowicie przygotowanych i zniszczonych potraw, według zapewnień twórców bardzo smacznych. Jeść będziemy za pomocą łyżeczki, bezpośrednio ze stołu, bez talerzyków i misek, gdyż jedzenie ma zbliżać do siebie ludzi i tworzyć wspólnotę. Występ Evy i jej współpracowników to doświadczenie zmysłowe i intelektualne, w którym jest również spora dawka humoru. – Nasze działania są przekorne, ponieważ nie robimy z jedzeniem tego, co zwykle się z nim robi. Chcemy, aby nasz performans wstrząsnął publicznością, ale zarazem ją bawił. Czasem śmiech jest potrzebny do zbliżenia się do jakiegoś problemu i jego zrozumienia – mówi. Na pytanie o smak katastrofy Eva wskazuje na jedno z serwowanych podczas występu dań. To surströming (kiszony śledź), szwedzki specjał ze sfermentowanych ryb, pachnący zgnilizną, ostatecznie jednak, zdaniem niektórych, całkiem smaczny. Nie lękajcie się. Oglądajcie, bierzcie i jedzcie z tego wszyscy. Zanim nadciągnie czterech jeźdźców apokalipsy i nie będzie niczego. Spektakl pokazany zostanie w Polsce dwukrotnie, 21 i 22 maja, w Teatrze Nowym w Warszawie, w ramach polsko-niemieckiego projektu „Świętujemy – 25 lat dobrego sąsiedztwa”.

