No, może nie taki znów mały, bo restauracja mieści się w Centrum, ale nie tym z Rotundą i reklamą przedstawiającą mężczyznę o nieobecnym spojrzeniu i kobietę z rozdziawioną paszczęką, tylko w Cenrum Olimpijskim. Budynek i szklana winda, którą wjechać należy na szóste piętro, robią wrażenie. To pozostaje, gdy wkraczamy do sali Moonsfery, urządzonej w iście księżycowym stylu. Duża przestrzeń, dominują beże i biele, stoliki odzielone są od siebie na półprzejrzystymi zasłonami, a z okien widać z lekka pustynny krajobraz industrialny. Lecz to nie dla wystroju i szklanej windy należy odwiedzić Moonsferę. Trzeba zrobić to dla szefa kuchni, Jarosława Uścińskiego, który traktuje gotowanie jak autentyczną zabawę. Na pytanie, skąd bierze pomysły na nowe potrawy, odpowiada przekornie, że z głowy. W rzeczywistości – chodzi po bazarach i sklepach, ogląda i kombinuje, co z czym do czego i z jakim sosem. Kelner, poproszony o polecenie swoich ulubionych dań z menu, bez wahania wybrał Makizushi Moonsfera z tuńczykiem, awokado i świeżym ogórkiem (24 zł), pikantne spaghetti z kaczką i krewetkami aromatyzowane czosnkiem (34 zł) i grillowaną doradę intensywnie aromatyzowaną, podawaną z warzywami blanszowanymi i winem (48 zł). Przekonajcie się sami, co zostanie waszą ulubioną potrawą, wybierając się na „Moonsfera walk”.
tekst i foto: Gosia Gałązka
